Andrea Tompa

Dom kata

Proza Andrei Tompy, bo  powieścią Domu kata nazwać nie można, to literatura ciężkiego kalibru. To również nie zbiór opowiadań, choć składa się z kilkudziesięciu krótkich opowieści, bo część z nich, dosyć duża nawet, łączy się w jedną całość, historię rodziny powykręcanej, wykoślawionej, poturbowanej przez wiek XX-sty.

Ten ciężar, jaki niesie ze sobą Dom kata, nie wiąże się tylko z tematyką, jaką porusza Tompa, gdyż nawet wśród tych wspomnień okresu szarości i poniewierki, znajdują się chwile lekkie, wesołe, wręcz kolorowe.  Swoją wagę zawdzięcza przede wszystkim temu, jak został napisany. Taka zbieranina luźnych, wymieszanych, przedstawianych nie chronologicznie scen z życia dziewczyny, jej krewnych i przodków, przypominająca trochę szufladę, do której chowa się wszystko co do siebie nie pasuje, co jest bez pary, to całkiem zmyślny, ale nie do końca oryginalny pomysł.

Sporą trudność w czytaniu, jak i w prawidłowym odbiorze, sprawia niecodzienna interpunkcja. Każde z opowiadań to jedno, bardzo długie zdanie, zawierające prawdziwy interpunkcyjny show. Dodajmy jeszcze do tego zamiłowanie autorki do retrospekcji, dygresji, i dygresji w dygresjach, oraz wewnętrznych, skrytych w zwartym, nieprzerwanym tekście dialogów. Bardzo to rozmywa fabułę, dodaje jej tak zwanego „śniegu”, który towarzyszy telewizji analogowej i źle dostrojonym odbiornikom.

Andrea Tompa opowiadam nam o tym jak się żyło i dorastało w kraju rządzonym przez komunistycznego dyktatora, na terenach, które kilkakrotnie w ciągu minionego wieku zmieniały przynależność państwową. Jej uwaga skupia się głównie na ostatnich latach dyktatury Ceausescu. Czytając otwierające i zamykające Dom kata opowiadanie, towarzyszymy pierwszym i ostatnim chwilom grudniowej rewolucji roku 1989. Pomiędzy tymi punktami znajdziemy dwudziestowieczną historię Rumunii, czyli tytułowego Domu kata, w telegraficznym skrócie. Autorka najwięcej uwagi poświęca czasom, które zna z autopsji, czyli końcówce lat 70 i dekadzie lat 80-ych, ale w swoich retrospekcjach i dygresjach cofa się niemal do początku wieku, opowiadając o pradziadkach, dziadkach i rodzicach.

Z tej zapętlonej, wielowarstwowej narracji, w której łatwo się zgubić, wyłania się obraz, bliski tym, jakie wyszły spod pędzla takich szalonych artystów jak Van Gogh, Dali  czy Picasso. Z grubsza wygląda jak nasz rodzimy obrazek, ale im głębiej się wczytać, tym absurd ówczesnej rzeczywistości urasta do gigantycznych rozmiarów.  Niezwykle to ciekawe, choć chciałoby się czegoś więcej, czegoś jeszcze, czego zabrakło. Spojrzenia na to co się działo, tak od środka, jak podchodzili do tego długo odwlekanego, narodowego zrywu, zwykli obywatele, jak żyło się w tym wyjątkowym czasie rewolucji, która przyniosła kres „słońca Karpat”.

Ile jest w Domu kata prawdziwych wydarzeń, ile trochę zmodyfikowanych, a ile wymyślonych na podstawie usłyszanych, przeczytanych wspomnień innych, wie tylko autorka. To nie istotne. Ważne jest natomiast to, że snuta przez Andreę Tompe opowieść , jest tak zwyczajna, że aż fascynująca. Jej bohaterowie, jak na przykład charyzmatyczna, trochę straszna nauczycielka literatury, są tak wyraziści i prawdziwi, że zlewają się z podobnymi postaciami z naszych własnych wspomnień.  Mięsista, krwista i aromatyczna literatura, dla starych wyjadaczy. Nie dla każdego.

Wydawnictwo Książkowe Klimaty, 2017

 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję: