Błażeja dziwne przypadki #2

Zdecydowaliście. Bohater i narrator, którego porzuciła żona, co bardzo, ale to bardzo przeżył, ulega wypadkowi w domu. Słyszy głosy i widzi dziwną postać. Zaniepokojeni rodzice namawiają go do wizyty w szpitalu.

Pod naciskiem rodziców zdecydowałem się jednak wybrać do szpitala. Pojechałem razem z ojcem. Zaraz po wejściu na odział, gdzie skierowała nas burkliwa portierka, pożałowałem swojej decyzji. Korytarze, którymi tam dotarliśmy, były typowymi szpitalnymi korytarzami, czyli błyszcząca, nieco powycierana podłoga, jaśniejsza pośrodku i ciemniejsza na brzegach, i takież same, ale już niebłyszczące ściany. Wszędzie geometryczne kształty, które w połączeniu z nijakimi kolorami i specyficznym zapachem, z miejsca przyprawiały o ból głowy i wywoływały gwałtowną chęć ucieczki. SOR był przepełniony. Pojękujący, płaczący, ciężko wzdychający ludzie czekali od wielu godzin, krzywo spoglądając na tych, którzy właśnie przybyli. Niektórzy w zdenerwowaniu przemierzali korytarz tam i z powrotem albo szeptali coś do telefonów.

Tłumiąc atak paniki, przejąłem inicjatywę. Jakimś cudem znalazłem wolne miejsce i posadziłem na nim protestującego ojca. Prowizoryczny, domowy opatrunek zaczął przesiąkać, być może dlatego, że co chwili sięgałem dłonią, by go dotknąć. Nie wiedząc co ze sobą zrobić, przyłączyłem się do oddziałowych wędrowców. I chodziłbym tak zapewne do momentu przyjęcia przez lekarza, gdyby mojej uwagi nie przykuły dwie kobiety stojące na uboczu. Jedna z nich, wysoka i postawna ubrana w coś na kształt kitla lekarskiego, mówiła coś do drugiej, zdecydowanie młodszej, stojącej do mnie tyłem. Mówiła cicho, tak że w ogólnym rozgardiaszu nie dobiegło mnie ani jedno słowo. Mówiąca kobieta miała w twarzy coś równie dziwnego, jak mężczyzna, którego widziałem zaraz po tym jak się ocknąłem. To spostrzeżenie sprawiło, że przypomniałem sobie, co mnie tutaj sprowadziło.

Kobieta zauważyła, że się jej przyglądam. Skrzywiła się paskudnie i … rozpłynęła się w gęstym od ludzkich oddechów powietrzu. Jej rozmówczyni odwróciła się gwałtownie i ruszyła w moją stronę, marszcząc gniewnie brwi. Sztuczne światło odbijało się miedzią w jej włosach.
– Nie wie Pan, że nie wypada się tak gapić na nieznajomych? – szepnęła, mijając mnie. Oszołomiony i zdezorientowany patrzyłem, jak znika za rogiem. O ile do tej pory wątpiłem w słuszność przyjazdu tutaj, tak teraz bylem pewien, że bez hospitalizacji się nie obejdzie.

Gdy przyszła moja kolej, zostawiłem ojca drzemiącego na krześle i udałem się za pielęgniarką do gabinetu zabiegowego. Po założeniu szwów i nowego opatrunku opowiedziałem lekarzowi o moich halucynacjach, a on zdecydował o pozostawieniu mnie na obserwacji. Przez następne kilka dni halucynacje jednak się nie powtarzały. Wszystkie badania potwierdzały moje końskie zdrowie, czyniąc stare powiedzonko, o złym, którego licho nie bierze, prawdziwym. Dostałem więc wypis i całą listę zakazów oraz przestróg. Szczęśliwy i dziwnie spokojny opuściłem to przytłaczające miejsce. Wróciłem do domu, tym razem nie fatygując nikogo.

Przekraczając próg mieszkania, westchnąłem z ulgą. Było czyściutko jak nigdy dotąd. Wszystko wręcz błyszczało. Na stole w kuchni znalazłem kartkę od mamy, informującą, że coś niecoś zostawiła w lodówce. Zajrzałem tam, i tak jak się spodziewałem, ujrzałem półki uginające się od jedzenia. Wyciągnąłem pierwszy z brzegu słoik, jak się okazało z fasolką po bretońsku. Znalazłem garnek, do którego przerzuciłem zawartość słoika i włączyłem gaz. Lekko zmęczony, usiadłem na krześle. Oparłem głowę o ścianę i przymknąłem oczy, delektując się ciszą. Wtem poczułem szturchnięcie w pierś. Otworzyłem oczy i zobaczyłem pucołowatego gogusia, który zwidywał mi się kilka dni wcześniej.
– Chyba musimy porozmawiać-powiedział.
– Jasna cholera-zdenerowałem się-Znowu te omamy
– Żadne omamy-zirytowało się widziadło – Jestem prawdziwy tak jak ty i to krzesło, na którym siedzisz. Udowodnię Ci – i uszczypnął mnie w przedramię. Zabolało. Zerwałem się z krzesła, chcąc wyjść z kuchni. Jednak widziadło złapało mnie za rękę, skutecznie unieruchomiając. Jego uścisk był silny. Próbowałem się wyrwać, ale nacisk dłoni, które teraz wydawały się znacznie większe niż jeszcze chwilę temu, stawał się coraz mocniejszy. Zjawy nie mogły szczypać boleśnie i miażdżyc czyichś kończyn w żelaznym uścisku.
– Pogadamy po dobroci, czy mam Cię zmusić? – zapytała zjawa.

ZDECYDUJ SAM

Bohater zgadza się porozmawiać z widziałem

czy

Bohater próbuje uciec


(Visited 85 times, 1 visits today)