Błażeja dziwne przypadki #4

Wysłuchawszy opowieści swojego opiekuna, Błażej pomału zaczyna samodzielnie odkrywać niezwykłości i magię w otaczającym go świecie. Co z tego wyniknie?

Zanim w pełni zrozumiałem wszystko to, co powiedział mi Cezary, minęło kilka dni. Cezary to oczywiście mój opiekun, dziwadło. Takie imię podał, gdy zapytałem, jak mam się do niego zwracać.

– Właściwie to nie wiem. Nikt z obudzonych jeszcze mnie o to nie pytał — powiedział zaskoczony swoją niewiedzą i po dłuższym zastanowieniu dodał — Nie powinno się zbyt pochopnie zdradzać swojego imienia. Prawdziwego byś nie zrozumiał, ale Cezary jest dosyć zbliżone do niego. Umówmy się więc, że jestem Cezary.

W tym czasie zadawałem mu setki pytań, na które odpowiadał z podziwu godną cierpliwością.

– Oczywiście, że Krasnoludki są różnej płci! Jak inaczej mogłyby się rozmnażać?
– Nie, kobiety Krasnoludków nie mają bród. Nawet nie wszystkie Krasnoludki płci męskiej je mają
– Niewiele wiem na temat Elfów. Są bardzo zarozumiałe i trzymają się na uboczu. Poprzewracało im się w głowach, po tym, jak zaczęliście o nich pisać książki i kręcić filmy.
– Chcesz wiedzieć, jak wyglądają szkoły magii? Wybierz się do pierwszej lepszej podstawówki, a będziesz wiedział, jak wyglądają. Zapomnij o tych bzdurach z powieści.
– Tak, moja babcia i rodzice zajmowali się tym samym co ja. To rodzinna tradycja.
– Obserwowaliśmy też twoją mamę. W jej przypadku zapadła taka sama decyzja jak w Twoim przypadku. Nie budzić. Obudzono natomiast twoją ciotkę i wysłano do Kanady z ważną misją.

Nie na wszystkie pytania jednak odpowiadał. Milczał, gdy pytałem o ciotkę Grażynę i jej zdanie, a gdy zapytałem go o to, czy istoty mu podobne umierają, popatrzył na mnie dziwnie i nie odezwał się aż do następnego dnia. Czasem prosiłem go o to, by zrobił coś niezwykłego. Raz rozpłynął się w powietrzu jak tamta kobieta w szpitalu. Innym razem wyskoczył przez okno i powolutku opadł na ziemie, lądując na chodniku z gracją mistrza akrobatyki. Czasami pozwalał sobie na drobne żarty, tak jak wtedy gdy niewyspany próbowałem doprowadzić się do stanu używalności, a on nagle pojawiał się w lustrze. Albo wtedy, gdy załatwił skądś nieziemsko mocny i dobry alkohol. Nie zdradził co to takiego i skąd to wziął, ale ja miałem swoje przypuszczenia. Upiliśmy się na wesoło i zaczęliśmy lewitować po mieszkaniu. Następnego dnia, na ciężkim kacu, próbował wyjaśnić, na czym polegają jego sztuczki.

– Nie jestem magiem i nie rzucam zaklęć. Potrafię wpływać rzeczywistość i w niewielkim stopniu ją zakrzywiać. Na przykład, jeśli znikam, to tylko dla twoich oczu, bo dalej pozostaję tam, gdzie byłem.

Im więcej spędzałem z nim czasu, tym więcej dziwnych rzeczy widziałem. Najczęściej były to istoty o podobnie nieludzkiej fizjonomii jak u Cezarego. Gdy orientowali się, że ich widzę, najczęściej znikali. Zdarzało mi się widzieć ruchome cienie, których nikt nie rzucał. Kilkakrotnie spotkałem także Krasnoludki. Były różnych rozmiarów, od kilku do kilkunastu centymetrów i faktycznie żaden z nich brody nie nosił. Miały natomiast duże, kartoflowate nosy i wielkie oczy zbitego psiaka, często przysłonięte przez bujne, różnokolorowe czupryny.

– Uważaj na nich – mówił Cezary – Tymi swoimi oczętami są wstanie omamić każdego.

Raz jeden próbował wejść do mojego mieszkania przez balkon. Prawie że skamlał by go wpuścić. Byłem już gotowy się złamać, ale wtedy z pomocą przyszedł mój opiekun, w dość niewyszukany sposób każąc mu spadać. Zdążyłem jeszcze tylko zobaczyć jak jego oczy wypełniają się gniewem i usłyszeć najcięższą wiązankę przekleństw i złorzeczeń, jakie w życiu słyszałem. Kilka dni później znalazłem na balkonie porozbijane doniczki i połamane kwiatki.

Próbowałem też znaleźć pracę, ale bezskutecznie. Zająłem się więc poszukiwaniami nowej dziewczyny, ale robiłem to bez przekonania, i szło mi równie kulawo, jak z pracą. Z racji nieregularnych, skromnych zarobków i topniejących w zatrważającym tempie oszczędności,  nie mogłem sobie pozwolić na dodatkowe wydatki. Kolejne spotkania ograniczały się do spacerów, po których nie następował ciąg dalszy. Nie czułem nawet rozczarowania z tego powodu. I tak pewnie by się to ciągnęło w nieskończoność, gdybym nie trafił na Monikę.

Zanim się spotkaliśmy, utrzymywaliśmy ze sobą tylko wirtualny kontakt. Szybko przeszliśmy z Tindera na inne komunikatory i sms-y. Świetnie nam się w ten sposób rozmawiało i nie czuliśmy potrzeby, by zmieniać ten stan rzeczy, przenosząc znajomość do realnego świata. Monika pracowała jako asystentka dyrektora w jednym z teatrów miejskich. Choć zarabiała skromnie, miała multum obowiązków i bardzo często kończyła pracę późnym wieczorem, albo pracowała siedem dni w tygodniu. Sam też łapałem najgorsze z możliwych dorywczych fuch, nocne inwentaryzacje w marketach, rozkładanie towarów, sprzątanie w sklepach całodobowych czy rozklejanie bilbordów. W tych nielicznych chwilach, kiedy ona wracała padnięta do domu, ja najczęściej harowałem za grosze, a wtedy gdy ona była w pracy, ja odsypiałem.

Zawsze jednak znajdowaliśmy chwilkę, by napisać do siebie, opowiedzieć jak minął dzień, co właśnie czytaliśmy, albo rozbawić kawałem, który się słyszało w ciągu dnia. Bardzo się o mnie martwiła. Co chwila podsuwała mi oferty pracy, ale tak jak w przypadku samodzielnych poszukiwań, wszelkie rozmowy kończyły się fiaskiem. W końcu zrezygnowana poddała się, proponując bym spróbował w jakiejś bibliotece. Pomysł ten bardzo mi się spodobał. Miałbym znów nieograniczony dostęp do książek i mógłbym jak kiedyś czytać w pracy. Problem w tym, że nigdzie nie poszukiwano nowych pracowników. Jedyne co mogłem zrobić, to zgłosić się do programu dla stażystów i czekać na wiadomość czy się dostałem i gdzie. To jednak nie rozwiązywało moich problemów finansowych.

Gdy drugi miesiąc naszej wirtualnej znajomości trwał w najlepsze, Monika oświadczyła, że chciałaby w końcu sprawdzić na żywo, czy faktycznie jestem taki sympatycznym i ciekawym rozmówcą. Wykręcałem się jak tylko mogłem, pewien, że nasze pierwsze spotkanie będzie zarazem ostatnim. Nie mogłem jednak zwodzić jej w nieskończoność. Akurat miała wolny weekend, a ja nie pracowałem w sobotę, więc umówiliśmy się tego dnia po południu. Dzień wcześniej dała jednak znać, że ma kryzysową sytuację w pracy, i czy możemy spotkać się w niedzielę, gdy skończę swoją zmianę jako ochroniarz w galerii handlowej.

Wybiła godzina dwudziesta druga, zanim udało mi się dotrzeć na miejsce spotkania, pod Parkową, popularnym pubem, którego atrakcją był odsłonięty od ulicy ogródek z widokiem na przylegający do niego park. Monika już na mnie czekała. Światła w lokalu były pogaszone.

– Zamknięte – powiedziała, gdy już się przywitaliśmy – Zawsze jest otwarte, a dzisiaj akurat musieli zamknąć.
Staliśmy przez chwilę, zastanawiając się co zrobić.
– Jest taki ciepły wieczór – zacząłem – Może przejdziemy się po parku, oczywiście, jeśli się nie boisz?
– Czego miałabym się bać? Chyba tylko Ciebie. Wychowywałam się w tej okolicy. Znam tu każdy zakątek i wszystkich okolicznych meneli. Zresztą zobacz, większość alejek jest porządnie oświetlonych.

Ruszyliśmy więc na przechadzkę po parku, gawędząc o wszystkim i o niczym. Wirtualnie świetnie się z nią dogadywałem, teraz jednak czułem się odrobinę skrępowany. Dyskretnie obserwowałem ją, porównując to jak wygląda ze zdjęciami, które mi przysłała. Miała krótsze włosy, jakby przerzedzone i w lekkim nieładzie, zdecydowanie ciemniejsze niż na fotografii. Była też szczuplejsza i wyglądała na zmęczoną. W pewnym momencie spotkały się nasze spojrzenia. Roześmiała się, ukrywając za tym swoje zawstydzenie. Również mnie obserwowała.
Spacerowaliśmy tak dosyć długo. Początkowo dosyć gwarny park, stopniowo się wyludnił. Poczułem się swobodnie i lekko w jej towarzystwie. Mimo zmęczenia nie miałem ochoty wracać do domu.

– Może wyjdziemy na główną ulicę i poszukamy jakiegoś miejsca, gdzie można by na chwile usiąść i napić się czegoś ciepłego? – zaproponowałem widząc, że Monika okryta moją marynarką i tak drży.
– Właśnie miałam zapropo…… – urwała w pół słowa gwałtownie się zatrzymując.
– Coś się stało? – zaniepokoiłem się.
Powoli obróciła głowę w moją stronę. Wzrok miała nieobecny, jakby zaraz miała zasnąć albo zemdleć. I faktycznie po chwili osunęła się w moje ramiona.
– Monika!! Co jest!! Monika!!

Nie reagowała. Była całkiem bezwładna. Wziąłem ją więc na ręce i zaniosłem do najbliższej ławki. Nachyliłem się nad nią, by sprawdzić, czy oddycha, i usłyszałem delikatne pochrapywanie. Jednocześnie z oddali dobiegły mnie jakieś hałasy, które wyraźnie się przybliżały. W naszym kierunku biegło dwóch roześmianych wyrostków, pokrzykujących coś do siebie. Towarzyszyły im rozbłyski światła. Nad głową jednego z nich polatywało wielkie ptaszysko, próbując złapać chłopaka w swoje szpony. Nagle poruszyła się ławka po drugiej stronie alejki . Nie była już ławką, tylko wielką pumą, która skoczyła w stronę ptaszyska. Ptak nie był już ptakiem, a równie dużym tygrysem. Koty poturlały się między drzewa w dzikiej mieszaninie łap, pazurów, potwornych wrzasków i ryknięć. Stałem jak skamieniały, nie wiedząc co mam zrobić.

Co zrobi Błażej? Zdecyduj sam.


(Visited 64 times, 1 visits today)