Bluszcz

| Anna Kotowska

Zobaczyła go kątem oka, w ucieczce przed lustrami, które tego dnia zaczęto montować na hali supermarketu. Pojawiały się niemal wszędzie i jej stara, skurczona sylwetka nagle się rozmnożyła. Jedynym miejscem, w którym mogła uniknąć tego przykrego widoku, było stoisko kwiatowe.

Zobaczyła go kątem oka. Tkwił na najniższej półce, a niektóre z jego liści wydawały się pożółkłe i rachityczne. Stabilniej podparła się laską i pochyliła głowę – niewielkich rozmiarów bluszcz najwyraźniej usychał.

– Biedaku – wymamrotała, sięgając po doniczkę, którą następnie z ostrożnością wstawiła do sklepowego wózka.

 

 

W jej domu było już kilka innych kwiatów: na parapecie stało dorodne geranium, w kwietnikach, jak gdyby unosząc się w powietrzu rosły puszyste paprocie, a w kącie dużego pokoju znajdowała się dracena ze sterczącym ku górze pióropuszem liści. Każda z tych roślin była dla niej ważna i do każdej przemawiała z jednakową czułością.

Czasami myślała sobie, że to nie słońce i woda sprawiają, że jej kwiaty rosną. Wypowiadane przez nią słowa- była tego pewna- miały większą moc. W dodatku każdy nowy listek traktowała niczym odpowiedź. Nie były to więc żadne jałowe monologi, lecz rzeczywiste rozmowy- coś, czego od dawna nie prowadziła nawet z własnymi dziećmi (wiele lat temu wyjechały z kraju i na święta wysyłały jej tylko okolicznościowe pocztówki z Mikołajem lub wielkanocnym zającem).

     *

     Mijał dzień za dniem i bluszcz miał się coraz lepiej; gubił uwiędłe liście i wypuszczał zawiązki. Podlewała go specjalnym nawozem i przemawiała do niego częściej niż do reszty. Uważała, że skoro chorował, należało go pielęgnować z odpowiednią pieczołowitością. Zdała też sobie sprawę, że byli do siebie podobni: ona również od dawna czuła się wciśnięta na dolną półkę świata.

Bluszcz stał na drucianym kwietniku przytwierdzonym do ściany, a jego coraz to dłuższe łodygi pięły się po przyczepionych nitkach i przypominały chude, wydłużone ramiona. Lubiła siadywać tuż pod nim i opowiadać mu historie ze swojego życia, plotki z warzywniaka oraz miejskie legendy. A kiedy zdarzyło się, że zasnęła w fotelu- wiedziała o tym dobrze- sny wypływały z jej głowy, powoli wsiąkając w delikatne tkanki rośliny. Potem podziwiała szybkość wzrostu bluszczu i trudno jej było oprzeć się wrażeniu, że to chyba właściwie rośnie ona sama.

     *

     To właśnie w tamtym czasie po raz pierwszy od lat ktoś zapukał do drzwi. Był to mały, zasuszony człowieczek z całkiem białą brodą i prostymi włosami zaczesanymi na bok. Wprowadził się niedawno do mieszkania obok i z powodu wiecznie rozwianego płaszcza, czarnego beretu oraz papierosa tkwiącego w ustach cały blok z miejsca zaczął nazywać go Profesorem.

– Dzień dobry – powiedział nieśmiało – Jestem tutaj nowy, chciałem się przywitać…

Przez chwilę patrzyła na niego jak na przybysza z innej planety. Te niezliczone zmarszczki, które pokrywały jego twarz niczym ścieżki wiodące do grobu; te charakterystyczne dla starych ludzi szkliste, wyblakłe oczy; ta niezdarność ruchów i spowolniała mowa; to przygarbione ciało i obwisła skóra- wszystkie te rzeczy sprawiły, że po plecach przebiegły ją ciarki. Przypomniały jej nagle, że przecież jeszcze niedawno była taka sama.

Właśnie tak- niedawno, bo teraz powoli wszystko ulegało zmianie. Wydawało jej się, że od pewnego czasu jej zmarszczki nie były już tak głębokie; włosy natomiast, choć bez wątpienia ciągle białe jak mleko, traciły swą szorstką fakturę, stając się z dnia na dzień coraz to bardziej miękkie. Któregoś dnia stwierdziła z zaskoczeniem, że nogi bolą ją mniej i z coraz większą śmiałością poczynała sobie bez laski.

Było to jednak możliwe tylko wewnątrz mieszkania, tam, gdzie znajdował się bluszcz. Zdawała sobie sprawę, że to, czego doświadczała, działo się z jego przyczyny. Na zewnątrz bowiem wszystko natychmiast wracało do dawnego stanu, zwłaszcza w obecności tych, których znała od lat. Ich wyobrażenia, w których nieodmiennie była tylko starą, chorą kobietą, zdawały się mieć magiczną moc sprawiającą, że wszystko pryskało jak bańka. To dlatego w pewnym momencie przestała wychodzić na dwór i nauczyła się robić zakupy przez Internet. To dlatego również, kiedy Profesor zapukał do drzwi, nie zaprosiła go do środka. Jego obecność mogła wszystko zaburzyć, a myśl, że nadchodząca młodość i zdrowie mogłyby zostać podzielone przez dwa napełniła ją nagle strachem tak samo silnym jak strach przed śmiercią.

     *

     Kilka dni później zapukał ponownie. Spojrzała tylko przez wizjer. Czego mógł od niej chcieć? Przecież już się poznali. Wzruszyła ramionami i idąc w stronę fotela, ostrożnie minęła pędy bluszczu, płożące się po dywanie. Roślina zajmowała już bowiem nie tylko ściany, ale również podłogę; rozrosła się tak bardzo, że zasłaniała stolik oraz telewizor.

– Hm, nie myślała pani, żeby go trochę przyciąć? – któregoś razu powiedział Profesor. Udało mu się tu wejść jedynie dlatego, że z przyzwyczajenia nie zamknęła drzwi na klucz. Dotąd poza nią samą nikt nie mieszkał na dziesiątym piętrze, więc nie widziała w tym sensu. Musiała zapaść w drzemkę i nie usłyszeć pukania.

Profesor przyszedł z szarlotką na prostokątnym talerzu.

– Przepraszam, że tak wtargnąłem – zaczął z niepewną miną – Ale było otwarte. A pani przez ostatnie tygodnie nie daje znaku życia… Właśnie upiekłem ciasto, może razem zjemy…?

Nic nie powiedziała. Czekała, aż ten stary człowieczek wreszcie stąd sobie pójdzie. Był chudy i zasuszony niczym drewniany wiórek i przyszło jej do głowy, że spróbuje go wypchnąć z mieszkania siłą samego wzroku. On też z pewnością patrzył na nią tylko jak na starą kobietę- wszak zmiany, które w niej zachodziły, postępowały powoli. Była co prawda cierpliwa, nie mogła jednak pozwolić, aby czyjaś obecność, a zwłaszcza obecność kogoś, kogo ledwie znała, zakłócała proces jej niezwykłej przemiany. Trudno jednak powiedzieć, czy Profesor rzeczywiście wyszedł z powodu siły jej spojrzenia. Najważniejsze jednak, że wreszcie to zrobił i z powrotem mogła rozsiąść się w swoim fotelu pod bluszczem.

*

      Mijały dni, a każdy z nich był coraz to bardziej podobny do dnia poprzedniego. Jedyną rzeczą, która, jak jej się wydawało, ulegała zmianie, był jej obraz w lustrze- coraz to gładsza twarz z wyrazistym konturem, żywsze i większe oczy, śliskie jak jedwab włosy.

Zmieniał się także bluszcz. Teraz był niemal wszędzie; wpełzał do szafek kuchennych, do wanny i do sedesu. Ostrożnie odgarniała jego pędy z podłogi, tworząc ścieżki podobne do tych, które widziała w lesie. O ile mogła stać się z powrotem młoda, nie przeszkadzało jej, że mieszkanie zaczęło przypominać dżunglę. Z liści rośliny sączył się z pewnością eliksir młodości, a w każdym pomieszczeniu unosiły się jego życiodajne opary. Bluszcz oddawał jej z nawiązką to, co sama mu dawała- wierzyła w to głęboko i mogłoby się wydawać, że nic już tego nie zmieni.

Nie pamiętała już jak dawno temu była ostatnio na dworze. Czasem odsuwała z okna zasłaniające je pędy i spoglądała w dół. Wydawało jej się, że ścieżki wyznaczane przez ludzkie ślady układają się w jakieś słowa, słowa, które zawsze brzmiały w jednakowy sposób. „Życie, życie”, szeptała niekiedy bezwiednie, lecz potem ponownie zasłaniała okno i szła do łazienki, aby wpatrywać się w lustro.

*

Coraz częściej zdarzały się noce, kiedy to zlana potem otwierała oczy i oddychała ciężko. Jej miejsce do snu przypominało teraz miniaturową alkowę z roślinnym baldachimem, który zajmował niemal całą przestrzeń pokoju. Leżąc na plecach, sufit z bluszczu miała na wyciągnięcie ręki. Jak w trumnie, myślała czasem, próbując odsunąć to skojarzenie jak najdalej od siebie. Jednak każdego wieczora powracało z jeszcze większą siłą, a na jej czoło występowały wtedy drobne kropelki potu. Wszystko będzie dobrze, przecież jestem młodsza, myślała z przestrachem, a kiedy każdego ranka podnosiła się z łóżka, coraz trudniej jej było przemieszczać się po pokojach. Niemal każda wolna przestrzeń była zajęta przez bluszcz.

– Brakuje już dla mnie miejsca –  stwierdziła któregoś razu, lecz niedługo potem nastąpiła korekta – Nie, to nie może być prawda -mówiła do siebie – Nie mogę myśleć w ten sposób. Bluszcz jest dla mnie tak hojny, przecież przywraca mi życie.

Jednak z jakiegoś powodu od pewnego momentu z pełną premedytacją nie przekręcała już dłużej klucza w wyjściowych drzwiach, z jakiegoś powodu pod materacem łóżka chowała kuchenny nóż.

   *

     Pewnej nocy poczuła coś na twarzy. Obudziła się. Kiedy usiłowała unieść ku górze rękę, stwierdziła, że nie jest w stanie. Kołdrę, pod którą leżała oplatał ciasny, roślinny kokon. Serce jej przyspieszyło- czy tak to miało wyglądać? Czy tak miał wyglądać jej koniec? Przecież według statystyk umierały głównie osoby w zaawansowanym wieku, a więc nie ona, nie ona… ! Jedyne, co mogła zrobić, to sięgnąć pod materac. Po chwili, nie namyślając się wiele, przecięła kilka pędów, które płoziły się wokół. Instynkt przetrwania nie pozostawiał miejsca na wątpliwości i dywagacje; cała złożoność jej relacji z bluszczem stała się nagle prosta niczym linie pociągnięć ostrzem.

Jednak w tym samym momencie kokon się zacisnął. Pędy leżące na twarzy zaczęły powoli wpełzać do jej nosa i uszu. Kiedy głośno krzyknęła jeden i drugi raz, niepostrzeżenie znalazły się również i w ustach. Pomocy, wołała, pomocy! Lecz w końcu opadła z sił i zupełnie zamilkła. Z trudem łapała powietrze, zastanawiając się, który oddech będzie jej ostatnim.

To wtedy w korytarzu zapaliło się światło.

–  Już idę! – usłyszała – Gdzie pani jest? Proszę się odezwać!

Wcale jej nie przeszkadzało, że głos łamał się i był słaby, jak głos starego człowieka. W przeciwieństwie do jej własnego głosu był jeszcze w stanie układać się w słowa. Wydała z siebie bezkształtny, zduszony dźwięk.

– Zaraz pani pomogę! – usłyszała ponownie, a w pokoju natychmiast zapaliło się światło.

Ujrzała go kątem oka, spomiędzy liści na twarzy, a potem siwy staruszek zniknął jej z pola widzenia. Po chwili znów się pojawił, lecz tym razem miał ze sobą wiadro pełne wody.

– To środek do udrażniania rur – dyszał, przedzierając się poprzez pędy – Zaraz będzie po wszystkim.

Następnie wlał zawartość wiadra do ogromnej donicy, w której teraz rósł bluszcz (kilka miesięcy wcześniej został tu przesadzony) i po dłuższej chwili kokon rozluźnił swój uścisk.

Mogła poruszyć już ręką, zerwała pędy z twarzy. Przywiodły jej nagle na myśl skojarzenie z aparaturą medyczną, do której podłączono ją kilka lat temu w szpitalu. Do tej pory myślała, że bluszcz też ratował jej życie. Tymczasem okazał się jak Baba Jaga z Jasia i Małgosi, która wpierw chciała utuczyć dzieci, aby były smaczniejsze. Wzdrygnęła się.

W tym samym momencie nad sobą ujrzała przejętą twarz. Białe włosy w nieładzie i niezliczone zmarszczki; wyblakłe oczy i dłonie w nierówne, brunatne plamy. Dziękuję, wyszeptała, próbując się uśmiechnąć. Wszystko będzie dobrze, do jej uszu dotarł cichy, łamiący się głos.

Starość, pomyślała. To była właśnie ona.

Tylko ona była w stanie usłyszeć jej krzyk (pomimo zaawansowanej głuchoty) i tylko ona ruszyła jej na ratunek (pomimo koślawych nóg). A teraz pomimo drżącego głosu dodawała otuchy.

Nagle przyszło jej na myśl, że będzie o nią dbać. Da jej to, co najlepsze, zresztą, nie umie inaczej. Nie- już nigdy, przenigdy nie zostawi jej samej.

Będzie ją pielęgnować z czułością i troską- tak jak się pielęgnuje najcenniejszą roślinę.

(Visited 210 times, 1 visits today)

Jedna osoba skomentowała “Bluszcz

  1. To jest naprawdę niesamowite. Nie interesuję się roślinami, więc początek mnie zmylił, ale po drugim akapicie… oh.. to jest takie głębokie! Świetne, świetne i jeszcze raz świetne. Prawdziwy majstersztyk!

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.