opowiadanie

Marta Grochowska „Schody”

Obudził go przeszywający ból skroni. Przyłożył dłoń do głowy i poczuł lepką maź. Sięgnął ręką do kieszeni, żeby wyjąć chusteczki, ale okazało się, że nie tylko głowa ucierpiała. Każdy ruch powodował nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej. Leżał na ziemi z zaciśniętymi powiekami, próbując znaleźć pozycję, w której ból będzie najmniej dotkliwy. Ulgę poczuł dopiero po przekręceniu się z boku na plecy. Otworzył oczy. Na jego twarz padł strumień miękkiego światła. Wsparł się na łokciach i dostrzegł przed sobą strome schody. „To pewnie z nich spadłem”– pomyślał. Nagle usłyszał jakiś dźwięk. Był to odgłos kroków, który ucichł jednak tak szybko, jak się pojawił. Świadomość, że nie jest tu sam, dodała mu sił. Udało mu się wstać i podejść bliżej schodów. Uniósł głowę do góry i zorientował się, że jest na parterze klatki schodowej. Zapach wilgoci i chłód ścian podpowiedziały mu, że jest to najprawdopodobniej stara kamienica. Dostrzegł stojącą na ostatnim piętrze postać, wychylającą się za poręcz schodów i patrzącą wprost na niego.