Co irytuje w polskiej literaturze współczesnej?

Ci z Was, którzy czytają mojego bloga od dłuższego czasu, z pewnością zauważyli stosunkowo niewielką ilość polskiej literatury wśród przeczytanych książek. To nie jest przypadek. Powiem szczerze, mam alergię na polską literaturę współczesną. Chętniej sięgnę po coś sprzed stu, i więcej lat, niż ostatnią książkę Pilcha, albo Bondę czy Mroza. Wiem że nie jestem w tym odosobniony, ale każdy ma swoje powody. Dziś pokrótce chciałby je Wam przedstawić.

1.Tego kwiatu pół światu

Kto choć raz miał w dzieciństwie, czy nawet później, jako dorosły, młody człowiek, złamane serce, ten zapewne słyszał takie stwierdzenie od dziadków i rodziców. To samo można by powiedzieć o polskich pisarzach tworzących współcześnie. Tylu ich jest, że nie sposób ich spamiętać, a ich dorobku jeszcze więcej. To oczywiście nie jest zarzutem, niechby zaludnili pół Warszawy, a swoimi książkami zapełnili wszystkie polskie biblioteki. Problem polega na tym, że gdyby zebrać wszystkich do kupy, to może faktycznie byłoby to pół dużego miasta, ale wśród tego mrowia ledwie garstka może nazywać siebie prawdziwymi pisarzami. Dziś każdy może pisać i wydawać to co napisze. Czy jesteś pogodynką, kretem, czy inną maturzystką. Wszystkie Kordel, Kalicińskie, Mirek, Michalak i Wiśniewscy, ich wydawcy i ludzie czytający ten chłam, odpowiadają za to że coraz trudniej wyłapać tych wartościowych twórców literatury.

2.Tematyka

Być może to wina mojego wykładowcy, ale z zajęć poświęconych polskiej literaturze powojennej i współczesnej pamiętam że mówiliśmy albo o odchyleniach i dewiacjach, na przykładach literackich, albo o pogromach Żydów, ewentualnie II Wojnie Światowej. Do dziś pamiętam „Mszę za miasto Arras” i „Ciemności kryją ziemię”. Jedynymi perełkami w tym smutnym, zboczonym towarzystwie były „Madame” Antoniego Libery i „Widnokrąg” Myśliwskiego. Tak jak gdyby przez te 60 wtedy, dzisiaj już ponad 70, lat nie pisano w naszym kraju o niczym innym. Obecnie borykamy się z modą na udziwnianie, realizm magiczny, uwypuklanie ludzkiej brzydoty i słabości, oraz wspomniane już krytykanctwo. Mam wrażenie że, szczególnie młode pokolenie, lubuje się w babraniu w czymś, co nazywam życiowymi odchodami. Nobilitacja szpetoty. Oczywiście jest ona stałym elementem otaczającej nas rzeczywistości, i trzeba o niej pamiętać, pisać, mówić, ale świat jest tak złożonym, mimo rozgrywających się koszmarów, pięknym miejscem, którego dotąd nie poznaliśmy w całości, i nigdy tego nie dokonamy, że nie można skupiać się tylko na tym. Jakub Małecki na przykład, napisał świetną powieść, balansującą na granicy fantasy, realizmu magicznego i dobrej prozy obyczajowej. Po „Dygocie” popełnił jednak „Ślady”, bliźniaczo podobne do poprzedniczki, i przez to trochę nudne. Obawiam się trochę nadchodzącej „Rdzy”. Szczepan Twardoch, który porzucił fantasy i image typowego nerda, dla bycia macho, super aut i powieści historycznych z mocnym wątkiem realizmu magicznego. W „Drachu” jest byt, którego istotę trudno określić, i to samo mamy w ostatniej książce. Poza świństwami, które robimy sobie nawzajem, i łotrzykowskimi przygodami w „Królu”, proza tego pana nie skrywa w sobie żadnych wartości. Czerpiemy też wzorce z zachodniej literatury, często wręcz kopiując szkielet fabuły, łącznie z bohaterami, a to chyba najgorsze co może robić pisarz.

3.Coś z niczego

Pamiętam gdy na Polskę spadła bomba Doroty Masłowskiej, dziewczyny ze środowiska dalekiego od literatury i sztuki. Próbowałem czytać jej debiutancką powieść, ale było to zadanie ponad moje siły i możliwości. Ciągle zastanawiam się jak to było możliwe by napisana w miesiąc książka, została wydana i spotkała się z niemal religijnym kultem. Fenomenu tego nie rozumiem do dziś, tak jak i tego że prawie 15 lat później, kolejni młodzi pisarze wzorują się na niej, choćby Piotr Sender w „Bóg nosi dres” i w „Rozmowie z Botem”. W tej drugiej powieści widać wyraźne inspiracje również drugim literackim fenomenem ostatnich lat, Michałem Witkowskim. Masłowska dziś pisze kolejne powieści, felietony, poleca tanie gazetki z przepisami kulinarnymi, i robi zapewne milion innych rzeczy, o których nie mam i nie chcę mieć pojęcia. Twórczość tego typu utrzymuje się na poziomie tego co robi Dawid Kwiatkowski. Przerażający jest też fakt, iż gośćmi popularnych festiwali literackich coraz częściej są autorzy poradników, gwiazdeczki mediów, które coś tam napisały. Podczas ostatnich Promocji Dobrych Książek we Wrocławiu, ktoś zwrócił mi uwagę na fakt że liczba spotkań z pisarzami przez prawdziwe, duże P, w spadła na rzecz właśnie takich pseudo literatów.

4.Gwiazdorzenie

Wydał taki jeden z drugą dwie książki, zgarną Paszport albo był nominowany do Nike, i już jest szlachta. Zachowuje się tak, jakby sprzedał kilkanaście milionów egzemplarzy swojego debiutu, a James Cameron kręcił film na podstawie jego prozy, co w sumie nie jest nawet wyznacznikiem dobrej literatury. Z sodówką w parze idzie brak szacunku dla czytelników, fanów, osób starszych. Brak tej ważnej cechy, bo fani dziś są, ale jutro już nie muszą, bardzo widać u Łukasza Orbitowskiego. Nie zapomnę jak dosłownie olał fanki, które chciały zrobić sobie z nim zdjęcie po spotkaniu autorskim, i poszedł z kumplami na piwo. Orbitowski przynajmniej tego nie ukrywa, i mówi wprost że jest chamem. Szacunku, ale także klasy i obycia brakuje Ziemowitowi Szczerkowi, który podczas MSA 2017, ewidentnie dawał do zrozumienia moderatorowi spotkania, starszemu, bardzo miłemu panu, literaturoznawcy, że mówi bzdury, bo on wie lepiej. Nie mówiąc już o podartych dżinsach, wystudiowanie nonszalanckiej i prostackiej, mającej uchodzić za światową, pozie, jaką przyjął, bo to tylko wisienka na torcie, jakim jest wizerunek pisarza i reportera.

5.Ból dupy

Większość piszących dziś polskich pisarzy, i kilku reporterów, męczy przewlekły, chroniczny ból dupy. Kiepsko piszą, mają średnie pomysły, i mając tego świadomość nadrabiają to aferami, skandalami, głośnym gadaniem o wszystkim i ze wszystkimi, medialną wścieklicą. Jak to mówią, ten kto najgłośniej krzyczy, ma najmniej do powiedzenia. Świetnym przykładem jest tutaj Ignacy Karpowicz, który pretensjonalne powieści próbował oświecić ogniem skandalu o rzekomym gwałcie dokonanym na nim, geju, przez jego koleżankę. Wyróżnia się wśród tych powieści „Sońka”, ale fragmenty w których autor opisuje Warszawkę i poczynania młodego reżysera teatralnego psują całość. Karpowicz pisał ewidentnie o sobie samym. Krytykujemy niemal wszystko, i wszystkich dookoła. Życie na wsi, życie w mieście, pracę w korporacji, pracę w instytucjach kultury, życie rodzinne, bycie singlem, życie bliżej natury, wiarę i niewiarę, usuwanie z bibliotek klasyków i wprowadzanie ich z powrotem do kanonu lektur szkolnych. itd. itp. Czy jest to zasłużone, czy nie. Ważne by skrytykować.

6.”Nie znam się, to się wypowiem”

Nasza polska domena, wymądrzać się na każdy temat, choć często nie ma się o tym nawet ułamkowego pojęcia. Za przykład niech posłuży znów Ziemowit Szczerek, i jego wypowiedź podczas wspomnianego już spotkania autorskiego. Otóż ten uznany reporter oznajmił iż nie było czegoś takiego jak kultury narodowe, czy regionalne. Istniała jedna, europejska kultura, która potem w wyniku ruchów nacjonalistycznych zaczęła się na siłę wyodrębniać. Pan reporter zapomniał, a może nigdy o tym nie wiedział, iż na kulturę mają wpływ różne czynniki, chociażby te najbardziej prozaiczne, jak klimat, fauna, flora. To oczywiste że inaczej się jadało, piło i bawiło w krajach południowych, a inaczej u nas. Inaczej się walczyło, śpiewało, opowiadało, zdobywało kobiety, umierało itd. itp. Nie trzeba być kulturoznawcą, żeby to wiedzieć. Ale to tylko kropla spadająca na nas podczas gówno burzy, jaka krąży wokół polskich szkół reportażu. Przykładem z beletrystyki niech będzie Agnieszka Lingas-Łoniewska, która akcję wielu sowich powieści umiejscowiła w Stanach Zjednoczonych, gdzie nigdy nie była, a wiedzę na temat realiów czerpie z filmów i innych, być może tak samo wyssanych z palca książek.

7.Obsesja hejtu

Dzisiaj na dobrą sprawę nie można publicznie powiedzieć, ani napisać nic negatywnego, nawet jeśli swoją opinię popieramy solidną argumentacją. Nie zgadzasz się z powszechną opinią, więc jesteś złym, niedobrym, chorym hejterem. Należy Ciebie leczyć, a najlepiej wyeliminować. Dotyczy to każdej sfery życia publicznego. Sztuka kulturalnej dyskusji, rozmowy zamiera. Najlepiej widać to na różnego rodzaju forach,  gdzie komentarz do przeczytanej książki, przesłuchanej płyt, obejrzanego spektaklu czy filmu, zamyka się najczęściej w kilku zdaniach, stwierdzających że się podobało, albo nie. Podobnie sprawa ma się z książkową blog sferą. Zdawkowe podsumowania lektury wywołują przepychanki fanów i antyfanów. Dyskutujmy, miejmy odmienne zdania, ale róbmy to z klasą.

 

  • Z polską literaturą współczesną mam problem. Bo jeszcze do niedawna jej broniłam i byłam jednym z tych nielicznych bastionów obronnych, w których mogli schronić się współcześni polscy pisarze. Czyniłam tak, gdyż zachwycałam się książkami Olgi Tokarczuk, Wiesława Myśliwskiego, Jerzego Pilcha, wciągnęły mnie książki Zygmunta Miłoszewskiego oraz Marka Krajewskiego. Ale z czasem zaczęłam natrafiać na lekko nadgniłe historie, spleśniałe pomysły lub jakieś dziwne naśladownictwo. Co gorsze, zaczęły również pojawiać się przed moimi oczami prawdziwe koszmarki literackie „made in Poland”.

    Dla mnie niestety polska literatura zaczyna mieć się coraz gorzej. Mam również wrażenie, że niektórzy recenzenci, blogerzy nieco nad wyrost zachwycają się polskimi książkami i je wychwalają, a w rzeczywistości promują słabą literaturę.
    Przejechałam się w ten sposób na Katarzynie Bondzie, Remigiuszu Mrozie, czy na Szczepanie Twardochu (wybaczcie wszyscy wielbiciele, ale „Morfina” to był koszmar! książka męcząca, nic nie wnosząca i super przegadana, potencjał tej książki został po prostu zmarnowany). Jakub Małecki też niczym mnie nie zachwycił (przeczytałam zarówno „Dygot”, jak i „Ślady” – miałam cały czas wrażenie, że gdzieś już te historie czytałam i faktycznie wydają się być wtórne do „Ostatnich historii” Olgi Tokarczuk). Nawet wychwalana „Sońka” Karpowicza mnie zmęczyła i wkurzyła (ma potencjał, ale pod tym względem zgadzam się z Tobą – autor ją po prostu zepsuł). „Lala” Dehnela również mnie rozczarowała, gdyż wydaje mi się przesadzona. Może też w tym tkwi problem polskich pisarzy – w tym przegadaniu, przesadzeniu, nadmiarze, a przy tym odgapialstwie, wtórności, kopiowaniu. Mam wrażenie, że każdy z autorów chce od razu wnieść się na wyżyny kunsztu literackiego, że chce zawsze za dużo i przez to wychodzi mu to kiepsko i nieautentycznie.

    Czy wobec tego będę dalej czytać polską literaturę? Myślę, że jednak tak. I nie chodzi o to, że mam trochę polskich tytułów na półkach i odczuwam wyrzuty sumienia, że wciąż ich nie przeczytałam (chociaż po części tak jest), ale nieco naiwnie wciąż liczę na znalezienie prawdziwych perełek. I wiem, że nie będzie to łatwe, ale jakoś trzeba oddzielić ziarna od plew 🙂

    • Wiedziałem że czegoś mi zabrakło w tych moich utyskiwaniach, i właśnie mi to podałaś na talerzu. Pięknie Ci za to dziękuję. Ja również nie zarzucę całkowicie czytania polskiej literatury. Zawsze mam nadzieję że natrafię na coś faktycznie nietuzinkowego i wartościowego.

  • Żaneta Kowalska

    Hej Kuba, pod wieloma z tych zdań mogę się podpisać wszystkimi kończynami. Spotkało mnie sporo literackich rozczarowań, ale też zachwytów i stąd moja mała propozycja: a może tak jaśniejsza strona? Co Ci się w polskiej literaturze jednak może podobać?

  • Zgadzam się i nie zgadzam 🙂 Bo jednak myślę, że taką listę mógłby ułożyć czytający mieszkaniec dowolnego kraju. Bo przecież wszędzie trafiają się gnioty, gwiazdy i gwiazdeczki, celebryci, którzy bardziej zważają na swój wizerunek niż to, co naprawdę mogą nam przekazać. Ile to przecież trafia się zagranicznych gniotków…. ale bestsellery, więc i muszą być wydane w kraju nad Wisłą.

    A dwa, jednak do nas trafiają już wyselekcjonowane książki, wyłowione z gąszcza rynków zagranicznych i które w jakiś sposób zachwyciły czy to czytelników, czy to krytyków. Wydawcy nie daliby rady, gdyby tłumaczono do nas całą literaturę choćby brytyjską. Dlatego też nie narzekałabym tyle na literaturę polską, co po prostu na ilość wydawanych książek w ogóle, nie tylko w Polsce.

    • Narzekać na ilość wydawanych książek? Że za dużo? Owszem, ale tylko dla tego że jest za dużo tego badziewia. Nawet Pani nie wie ile dobrej literatury trafia do kosza z pieczątką „To się nie sprzeda”.

      • No tak – dokładnie to mam na myśli. Liczy się nie jakość, a niejednokrotnie ilość… I smutne to, że wartościowa literatura gdzieś znika pod stertą poradników „jak żyć”… Z drugiej strony, nie można dziwić się, że liczy się niestety marketing. I w sumie czy to teraz czy kiedyś, borykamy się z tymi samymi problemami. Kiedyś Witkacy w jakimś liście narzekał na jakość wydawanych książek – jeśli się nie mylę, rzecz dotyczyła.kryminałów – że ich na pęczki, a wartościowej literatury brak 😀

        P.S I nie Pani, Paulina po prostu 😀