Coś w rodzaju powieści

Od dłuższego czasu wpatrywał się w ekran telewizora nic niewidzącym wzrokiem. Postacie w wyświetlanym filmie przeżywały swoje dramaty i radości bez względu na to czy ktoś śledził ich losy czy nie. Trochę tak jak w życiu, z tym że oni byli skazani na wieczne odgrywanie tego samego, od początku do końca, czasem urwane nagle przyciskiem pilota, nigdy jednak nie przekraczając ostatecznej granicy, THE END. Ogłuszający dźwięk zapowiadający przerwę na reklamy, przecinając na pół miłosną schadzkę bohaterów, wyrwał go ze snu na jawie. Otrząsnął się i wyłączył telewizor, z niesmakiem rejestrując fragment kolejnej obrzydliwej reklamy podpasek, najczęściej emitowanej w porze obiadowej, będącej jedynym towarzystwem przy posiłku dla samotnych. On całe szczęście nic nie jadł. Nie miał nic w ustach od wielu godzin, o czym przypominał mu już żołądek.

Z góry dobiegły go hałasy. Tradycyjna awantura sąsiadów wynajmujących mieszkanie tuż nad jego apartamentem, jak kiedyś lubił myśleć, a jeszcze bardziej opowiadać znajomym, o odziedziczonym po dziadkach mieszkaniu w starej, poniemieckiej kamienicy. W rzeczywistości było to najzwyklejsze mieszkanie, składające się z trzech, dużych pokoi, sporej kuchni i malutkiej, adaptowanej z komórki, łazienki. Była to zaledwie połowa, ta gorsza, przeznaczona dla służby, ogromnego mieszkania, przed wojną zajmującego całe piętro. Z pewnością nie był to apartament. Balkon, przylegający do pomieszczenia szumnie nazywanego salonem, kruszył się i odpadał kawałek po kawałku. Strach było wyjść na niego. Pokoje, wyposażone w kaflowe piece, które uwielbiał, zwłaszcza zimą, oddzielał od kuchni szeroki, ale całkowicie nieustawny przedpokój w kształcie łuku. Było w nim nieustannie zimno.

Rozejrzał się dookoła, z niechęcią przyglądając się bałaganowi. Nienawidził chaosu, ale jeszcze większą niechęć budziła w nim teraz myśl o posprzątaniu. Piętro wyżej opętańczo zawodził syn sąsiadów. Zdążył się już do tego przyzwyczaić, ale za pierwszym razem był bliski wezwania policji. Znał sąsiadów nie od dziś, i wiedział że nie są rodziną patologiczną w powszechnym tego słowa znaczeniu. Stanowili nową patologię, o która nie obchodziła specjalistów od wychowania i pedagogiki. Rodzice pracowali od świtu do nocy, napychając portfele grubą forsą, dbając o to by dziecku nie brakowało niczego, a tak naprawdę pozbawiali go tego co dzieciom najbardziej potrzebne, swojej obecności. W weekendy i wieczorami, gdy próbowali nabrać sił na kolejne pracowite dni, synek zabiegał o ich uwagę. Dla świętego spokoju obdarowywali go nowymi zabawkami, gadżetami, włączali bajki, i wreszcie kupili komputer. Trzynastolatek już nie starał się nawiązać z nimi kontaktu. Uzależnił się od gier sieciowych. Rodzice spostrzegli swój błąd, i najwyraźniej dziś po raz kolejny podjęli próbę odcięcia syna od wirtualnego narkotyku. „Niektórzy nie powinni mieć dzieci” – pomyślał siadają do komputera i zakładając słuchawki.

W skrzynce mailowej pusto. Żadnej odpowiedzi na wysyłane od tygodni cv-ki. Zero propozycji pracy. Milczał również Facebook i jego telefon. Świat o nim zapomniał, i tylko odgłosy cudzego życia, oraz nagła i nieodparta potrzeba spożycia sporej ilości jakiegokolwiek alkoholu, świadczyły o tym że jeszcze nie umarł. Zamknął komputer i szybko wyszedł z mieszkania. Zbiegając po szerokich, drewnianych schodach, które skrzypiały przy każdym, nawet najdelikatniejszym stąpnięciu, nie zauważył stojącego tuż przy ostatnim stopniu kartonu. Potknąwszy się, z trudem utrzymał równowagę. Ze złością odwrócił się by kopnąć w zawalidrogę. Jego uwagę przykuła kartka przyklejona do przeszkody. „PROSZĘ BRAĆ I CZYTAĆ !!! KARTON ZOSTAWIĆ !!!”. Podszedł do pudła i otworzył je. Po brzegi zapełnione było książkami.


(Visited 20 times, 1 visits today)