Czy bloger książkowy potrzebuje wydawcy?

Dyskusja o książkowej blogosferze nie ustaje. Niby wciąż poruszane są te same tematy, ale faktycznie ewoluuje i wchodzi na nowe tory. Podczas zeszłorocznych Śląskich Targów Książki dyskutowano między innymi o współpracy blogerów piszących o literaturze z wydawnictwami. W jej efekcie pojawiły się niezbyt optymistyczne wnioski. One znowóż skłaniają do refleksji, czy bloger książkowy w ogóle potrzebuje wydawcy?

Fakt, że wydawcom są potrzebni blogerzy, instragamerzy, youtuberzy, generalnie influencer poszukiwany, jest niezaprzeczalny. Darmowa promocja jest dla działów promocji w wydawnictwach przydatnym narzędziem w pracy. Należy się jednak zastanowić, czy faktycznie chodzi o blogerów książkowych. Dużymi, atrakcyjnymi dla wydawcy zasięgami może pochwalić się niewielu z nas. O wiele lepszą promocję zrobi Kasia Tusk czy inny szafarz, mający zasięgi w dziesiątkach i setkach tysięcy obserwatorów. Do tej grupy dochodzą teraz także młodzi, bardzo młodzi ludzi, nastolatki, którzy za pomocą aplikacji I Sing udają, że śpiewają znane przeboje, gromadząc miliony fanów. I nie ma w tym nic dziwnego, w końcu liczy się sprzedaż i zysk.

Książki bywają drogie. Jednak czy nie wydajemy znacznie większych kwot na nowe, często niepotrzebne gadżety, rzeczy kupowane pod wpływem chwili, jednorazowe rozrywki, z których pozostają tylko zdjęcia i wspomnienia, nie zawsze dobre. Książka nie jest dziś towarem deficytowym. Są dostępne wszędzie. W księgarniach, marketach, na poczcie, w salonach prasowych, w Internecie, w serwisach społecznościowych. Czasem można je znaleźć nawet na ulicy, czy na ławce w parku. Organizowane są wymiany książek. Istnieją aplikacje takie jak Legimi, które dla użytkowników bibliotek oferują bezpłatny dostęp do e-booków, także do gorących nowości. Nie lubisz czytać na ekranie? Idź do biblioteki i wypożycz książkę papierową. W ten sposób wybierając swoje kolejne lektury, robimy to też bardziej świadomie, niż tylko polegając na wydawniczych rekomendacjach i rosną szanse na to, że będziemy czerpać faktyczną przyjemność z czytania.

Nie ma też obowiązku pisania wyłącznie o najnowszych bestsellerach, w dodatku na miesiąc przed premierą. Nawet w popularnych magazynach, portalach i prasie fachowej teksty krytyczne publikowane są nierzadko po kilku miesiącach od premiery. Nie zaszkodzi też poczytać trochę starszej literatury. Niekoniecznie klasyki, bo ta nie każdemu podejdzie. Nie musimy też czytać 52 książek rocznie. Narzucanie sobie jakichś limitów mija się z celem. Czytanie ma być przyjemnością, a nie wyścigiem kto więcej i lepiej.

W takim razie, czy my, blogerzy książkowi potrzebujemy wydawców? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zastanowić się nad powodem, dla którego piszemy o książkach, nagrywamy o nich filmiki i je fotografujemy z herbatą i ususzoną cytryną. Jeśli zależy nam na nowych tytułach, popularnych i głośnych książkach, aby nas zauważono i pokazywano nam kciuki na przemian z serduszkami, wydawca zdecydowanie będzie potrzebny. Jeśli jednak pisanie recenzji z przeczytanych książek jest przedłużeniem naszego zainteresowania literaturą, odpowiedź brzmi: nie aż tak bardzo, jak się nam wydaje. Są potrzebni, przede wszystkim do wydawania książek, a to czy będą nam przysyłać egzemplarze recenzenckie, czy zdobędziemy je z innych źródeł, jest już mniej istotne. Jeśli będziemy chcieli przeczytać jakiś tytuł, to prędzej czy później i tak wpadnie on w nasze ręce.


(Visited 191 times, 1 visits today)