Monika Kompaníková

Piąta łódź

Monika Kompaníková pisze o trudnym, wykolejonym dzieciństwie. O tym jak niełatwo jest odnaleźć właściwy tor, gdy zwrotnica w postaci rodzica nie działa. Pisze także o lękach i tęsknotach dorastającej dziewczynki, pozbawionej tego co w życiu, a szczególnie w początkowych jego etapach, jest najważniejsze. Fundamentu pełnej rodziny, a w przypadku dorastającej nastolatki zwłaszcza ojca, jego miłości, uwagi i obecności.

Piątej łodzi znajdziemy kilkoro czarnych charakterów. Są nimi rodzice, którzy nigdy nie powinni byli nimi zostać. Irena, babka Jarki, Lucia, ojciec i matka i Kristiana, młodszego kolegi z podwórka. U Kompaníkovej to matki są tymi najgorszymi. Chociaż ojciec Kristiana jest wyraźnie niezadowolony z jego istnienia, dzieci nie są mu do niczego potrzebne, to faktycznie, swoją nadopiekuńczością, krzywdzi go mama. Dla Ireny i Luci macierzyństwo było wypadkiem przy pracy, a dziecko uciążliwą jego konsekwencją, którą znoszą ze źle ukrywaną irytacją i niechęcią. Matka bliźniąt, która pozostawia dzieci pod opieką przygodnie napotkanej, obcej nastolatki, również nie stanowi wzoru macierzyństwa. Dorośli są według autorki potwornie nieodpowiedzialni i zapatrzeni tylko w swoją przysłowiową miskę. Nikt z sąsiadów Luci nie reaguje na to co wyprawia z córką, chociaż wszyscy o tym wiedzą. Ociec Luci ucieka, pozostawiając dziecko na łasce zżeranej przez ambicję, pozbawionej ludzkich uczuć żony. Jest jeszcze Peter, tata jednej z koleżanek Jarki, wzorowy, opiekuńczy ojciec, ale i jemu nie wszystko układa się tak jak powinno, bowiem w końcu rozwodzi się.

Jarka o swoim strasznym dzieciństwie opowiada, jakby opisywała bolączki codziennego życia zwyczajnej rodziny. Dwulicowość babki, alkoholizm matki, libacje w domu, molestowanie, osamotnienie, brak opieki, głód są dla Jarki, głównej bohaterki i narratorki powieści, chlebem powszednim. Brak jakichkolwiek więzi rodzinnych, ciepła, życzliwości sprawia że Jarka widzi świat przez pryzmat tylko własnych doświadczeń, słusznie czy nie, wszędzie doszukując się ciemnej strony. Jedyne czego było jej trzeba, to odrobina szczerego zainteresowania, bezpieczeństwa i beztroski, które są potrzebne każdemu dziecku. A serduszko Jarki było szczere, i naiwne. Nienawidziła swojej babki, ale kochała matkę, idealizując ją, i jak inne dzieci przypisując jej cechy niemal boskie. Usprawiedliwia ją  za wszelką cenę, jej twarz towarzyszy jej wszędzie, jak ciało niebieskie, albo boskie oko, spoglądające na nią z wielkiego trójkąta. Lucia, jej matka, jest jednak raczej pogańską boginką, surową i okrutną, o której uwagę trzeba zabiegać, i nieustannie bać się, że popadnie się w niełaskę.

Monika Kompaníková ma świetny styl i literacki feeling. Niektórymi, pisanymi jakby od niechcenia słowo tworami, jak nanosy myśli,  trafia w punkt, ale coś w jej powieści przeszkadza, jak dziura w tytułowej Piątej łodzi. Od momentu gdy Jarka zaszywa się w altance z dwójką niemowląt, budzi się w czytelniku przeczucie że to nie może się dobrze skończyć. Im bliżej rozwiązania, tym większe napięcie, niemal jak w dobrym thrillerze. Dość skrupulatna relacja z kilkudniowej zabawy w prawdziwy dom, nagle urywa się, gdy z bliźniętami jest naprawdę źle.  Nie dowiemy się tego, co się z nimi stało. Można tylko domyślać się różnych wariantów zakończenia owej historii. Jarka opowiada o tych wydarzeniach będąc już dorosłą, samodzielną i pewną siebie kobietą. Jak do tego doszło, że z zahukanej, niepewnej i zakompleksionej dziewuszki, stała się kimś zupełnie innym? Tego też się nie dowiemy. Ze świetnie napisanej powieści pozostaje dość jednostronnie potraktowane rodzicielstwo, i prawdopodobna próba przeprowadzenia na samej sobie terapii. Taki obraz patologii, jaką widzimy w Piątej łodzi, trudno byłoby wiarygodnie opisać, znając go tylko z relacji innych. Wygląda na to że Monika,  spowiada się  ze swojego traumatycznego dzieciństwa przed czytelnikami, a to trąci ekshibicjonizmem. Takie można odnieść wrażenie, czytając powieść Kompaníkovej.

Jeden tylko wniosek nasuwa się po przeczytaniu Piątej łodzi. Dziecko jest jak roślinka, którą trzeba podlewać i nawozić miłością, uwagą, ciepłem, ale też bez przelewania, żeby wyrosło zdrowe i silne.

Książkowe Klimaty, 2016

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:

  • Żaneta Knoll

    A mi wcale by nie przeszkadzał taki ekshibicjonizm. Trochę mi to przypomina inną książkę – „Zniknać” Petry Soukupovej.