Dlaczego piszę o książkach?

Dlaczego zacząłem pisać bloga o książkach? Bo tego, z jakiego powodu czytam nie trzeba chyba nikomu wyjaśniać. A jeśli jednak trzeba, to w wielkim skrócie czytanie jest fajne, i to najlepsza rzecz jaką ludzkość wymyśliła. Więc co mnie skłoniło do pisana o książkach? Żeby udzielić dokładnej odpowiedzi, muszę cofnąć się w czasie o jakieś dwie, może trzy dekady (Boże! Ja już tak długo żyję?!)

W moim domu zawsze były książki. Czytała moja prababcia, która skończyła lewie 4 klasy szkoły powszechnej, ale literatura była jej wielką, odwzajemnioną miłością. W jej ślady poszła moja babcia i mama. Potem mama spotkała tatę, który też czytał, i na pierwszej randce opowiedzieli sobie kilka książek. Dalej pojawili się moi bracia, i w końcu ja.

Byłem trochę nietypowym chłopcem. Bawiłem się lalkami równie chętnie jak samochodzikami. Chłopięcych, awanturniczych książek raczej nie lubiłem, ale z przyjemnością sięgałem po książki dziewczyńskie, jak na przykład powieści L.M.Montgomery, i za przykładem starszego brata po fantastykę. To jednak te dziewczyńskie książki wywarły na mnie największy wpływ. Gdy Ania Shirley czy też Emilka marzyły o zostaniu pisarkami, ja też postanowiłem nim zostać.

Swoje próby pisarskie rozpocząłem bardzo wcześnie. Miałem może z dziewięć, góra jedenaście lat. Napisałem coś na kształt wiersza, którego bohaterką była noc. Tekst spodobał się tak bardzo mojej rodzinie, i nie tylko rodzicom, babci, ale także moim braciom, zwłaszcza temu średniemu, mocno wtedy zbuntowanemu punkowi. To dało mi wielkiego kopa, i popłynąłem. Różnie z tym pisaniem bywało. Raz wychodziło, częściej nie. Jako przeciętny uczeń, brylowałem na języku polskim, kiepskie oceny z gramatyki nadrabiając najwyższym uznaniem za wypracowania.

Pierwszy sukces przyszedł w liceum. Wysłałem opowiadanie do pewnego czasopisma dla twórczej młodzieży, bez specjalnych oczekiwań. Ku mojemu zdziwieniu opowiadanie zostało opublikowane. Niedługo potem kilka wierszy trafiło do lokalnej prasy, następnie do ogólnopolskiego miesięcznika. Pojawiły się pierwsze skromne honoraria. Trochę mi to w głowie przewróciło. Uznałem że jestem już wielkim literatem, i bardzo źle znosiłem krytykę.

Okres studiów, choć był jednym z najlepszych w moim dotychczasowym życiu, przyniósł pierwsze rozczarowania i zderzenia z rzeczywistością. Jeszcze nie tak bolesne jak te późniejsze, ale na tyle spore, że skutecznie wykończyły we mnie romantyka. Wena gdzieś zniknęła. Długo, bardzo długo nie pojawiały się nawet zalążki pomysłów. Przestałem pisać.

Wtedy pierwsze skrzypce zaczęły grać moje dwie kolejne miłości. Muzyka i podróże. Godzinami słuchałem, szukałem nowych brzmień. Słuchałem muzyki niemal całą drogę z Wrocławia do Tallina, podczas mojej pierwszej „samodzielnej” wycieczki zagranicznej. Zwiedzając stolicę Estonii, i kolejne miasta byłych Republik Bałtyckich, poznałem bardzo fajnych ludzi, w tym pewną redaktor naczelną, szefową „Rynku Turystycznego”. Po powrocie do kraju zaproponowała mi współpracę, choć nigdy wcześniej nie czytała nic mojego autorstwa. Współpraca trwała krótko, ale był to kolejny kopniak mobilizujący. Zacząłem szukać miejsc gdzie mógłbym się realizować, bo odkryłem że bardziej kręci mnie pisanie mniej literackie, a bliższe dziennikarstwu. I nagle doznałem olśnienia. Pisz o muzyce!

Pierwsze próby recenzowania płyt, co wydawało mi się czymś niemożliwym, to forum Nowej muzyki. Potem pojawiła się Esensja, własny blog o muzyce (jeden z wielu które stworzyłem w przeciągu ostatnich 15 lat), i wreszcie wielka przygoda z jazzsoul.pl . Ponad rok ciężkiej pracy dla portalu, którą dzieliłem z pracą zarobkową. Było świetnie. Koncerty, gratisowe płyt do recenzji, opaski dla prasy, pierwsze wywiady i wejście do strefy dla dziennikarzy tuż pod sceną. WOW. W pewnym momencie stwierdziłem jednak że wymagania codziennego pisania (raz pisałem relacje z koncertu Andrei Triany w nocy przed pójściem do szpitala na zabieg kardiologiczny….) za kilka płyt, które znów tak często się nie trafiały, to jednak nie to. Byłem tuż po trzydziestce, i uznałem że jestem za stary na wolontariat. Znów przestałem pisać.

Potrzeba zabawy słowem odezwała się ponownie 2 lata później, gdy właśnie gniłem w swoim kolejnym życiowym błędzie, małej, gminnej spółeczce, której wydawało się że jest wielką korporacją. Pomyślałem znów o blogu. W międzyczasie stały się one bardzo popularne, sam jazzoul.pl, dzisiaj spory portal, zaczynał jako zwykły blog. Pamiętając średnie zainteresowanie moimi poprzednimi blogami, podszedłem do tematu od nieco innej strony niż dotychczas. Zrobiłem research, i sprawdziłem jakich blogów jest najmniej. Wyszło że blogsfera cierpi na deficyt męskiego spojrzenia na literaturę. Postanowiłem więc spróbować. I tak jestem już, kalendarzowo cztery lata, ale dokładnie to w październiku stuknął dopiero trzy.

Wciąż miewam ciągoty do pisania własnych rzeczy. Czasem jakiś wiersz gdzieś wypłynie, początek opowiadania, zarys fabuły, opis postaci. Mój notatnik pełen jest takich zapisków. Ba. Napisałem nawet około siedemdziesięciu stron powieści. Bycie pisarzem jest jednak strasznie trudne. Wymaga dużo większego samozaparcia, wytrwałości i regularności niż blogowanie, a przede wszystkim naprawdę dobrego warsztatu. Należę do tych osób, którym przychodzi to z trudem, a że jestem trochę leniwy, wybieram łatwiejszą drogę. Pisanie o książkach, zamiast pisania swoich książek.


(Visited 45 times, 1 visits today)