Antonio Molina Munoz

Zima w Lizbonie

Literatura hiszpańska większości miłośników słowa pisanego od razu kojarzy się z Zafonem, ewentualnie z Eduardem Mendozą, lub innymi, podobnymi pisarzami. Mroczna i jednocześnie gorąca historia, przetykana imionami, nazwami przywodzącymi na myśl najpiękniejsze chwile wymarzonych wakacji na Costa Brava. Tego też spodziewałem się po Zimie w Lizbonie, Antonio Muñoz Molina. Otrzymałem jednak najprawdziwszą zimę. Długą, szarą i nudną.

 

 

Zima w Lizbonie jest jedną z pierwszych powieści autora. Jej pierwsze wydanie ukazało się w latach osiemdziesiątych, a obecna polska edycja z wydawnictwa Rebis, jest już drugim polskim wydaniem, tym razem wzbogaconym o posłowie autora. Teoretycznie jest to opowieść o miłości, o namiętnym uczuciu, jakie połączyło Lukrecję i Bilarbo. Miłość ta jest nieszczęśliwa, z góry skazana na klęskę i cierpienie. Lukrecja jest żoną, czy też dziewczyną podejrzanego typa o imieniu Malcolm. Relacja między tą dwójką nie jest do końca jasna. Początkowo można wywnioskować że jest to związek wolny, nie zamknięty żadnymi papierami, podpisami i prawnymi ograniczeniami. W trakcie narracji pojawia się jednak stwierdzenie że Lukrecja była jego żoną. W każdym bądź razie była z nim związana. Pech chciał że poznała muzyka jazzowego, Bilarba i z miejsca się w nim zakochała. Z wzajemnością należy dodać. Miejsce i czas ich pierwszego spotkania i wybuchu uczucia, bo tego typu uczucia mogą tylko wybuchać, również jest nie do końca jasne. Niby spotkali się w klubie, podczas jego koncertu, ale już wtedy ona nie mogła oderwać od niego wzroku, a on szukał jej na sali, i grał tylko dla niej, jak w piosence Grechuty. Zagłębiając się w powieść, czytając między wierszami, można jednak odnieść wrażenie że poznali się wcześniej, lecz gdzie, kiedy i w jaki sposób, tego Molina już nie zdradza. Malcolm nie jest w ciemię bity, i szybko orientuje się co jest grane. Jest zazdrosny o swoją kobietę, ale długo nie robi nic by zapobiec zdradzie, rozdzielić kochanków. W końcu jednak zabiera Lukrecję, i razem opuszają Hiszpanię. Kochankom pozostanie jeszcze tylko kilka spotkań w ciągu najbliższych kilku lat. Raczej kiepska gleba, by mogło z niej urodzić się coś pięknego. Wraz z kolejnymi odsłonami tej miłosno-kryminalnej historii, przekonujemy się jednak że to co połączyło Lukrecję i Bilarba to nie była miłość, nawet nie zauroczenie, ani tym bardziej zakochanie. To było coś w rodzaju sportu ekstremalnego, dostarczającego organizmowi niezbędnej dawki adrenaliny.
Zima w Lizbonie uwodzi klimatem rodem z filmów noir. Przestępcy gentelmani, porywczy rogacze, piękne, ekskluzywne kobiety, uroczo zaniedbane kelnerki, utalentowani jazzmani, pościgi i ucieczki, oraz wszechobecny dym papierosowy i morze wszelkiego rodzaju alkoholi. Przed oczami stają jak żywi Humphrey Bogard i Ingrid Bergman. Po kilku pierwszych rozdziałach zaczyna to jednak nużyć. Akcja posuwa się do przodu w ślimaczym tempie, przerywana obszernymi fragmentami, w których narrator i przyjaciel Bilarba, analizuje jego emocje, uczucia i myśli, tak jak gdyby był świadkiem wszystkich wydarzeń, a nie tylko biernym słuchaczem.  Sama historia trójkąta Bilarbo – Lukrecja – Malcolm, i wiążąca ich kryminalna afera, trąci strasznym banałem, jest przeraźliwie wtórna. W trakcie całej lektury ma się ciągłe wrażenie że gdzieś już widziało się, czytało, podobne, lub wręcz takie samo rozwiązanie. Fabułę ratuje tylko pojawienie się dwóch najbardziej wyrazistych postaci, wręcz mistrzowsko napisanych. Mortona, tajemniczego szefa Malcolma, i jego zimnej, niemal posągowej asystentki Daphne. Tych dwoje jest jak kolorowy ślad pozostawiony na niczym nie zmąconej śnieżnej równinie. 
Powieść powinna przypaść do gustu miłośnikom twórczości Prousta. Zima w Lizbonie nosi wyraźne ślady inspiracji pisarzem. Dla pozostałych będzie to jednak strata czasu, którego nigdy już nie odnajdą.  
Za możliwość przeczytania książki dziękuję:

(Visited 118 times, 1 visits today)