Drugie życie książki

Życie książki, jej tradycyjnej, papierowej formy, a dokładniej jej konkretnego egzemplarza, trwa stosunkowo krótko. Zwłaszcza jego ostatni etap. Od momentu, gdy autor siada przed komputerem, maszyną do pisania albo notesem, i utrwala pierwsze słowo, do czasu, gdy kupiony przez nas egzemplarz książki trafia po przeczytaniu, albo i bez, na półkę mija góra kilka lat. Wyjątek stanowią bestsellery, których życie jest przedłużane przez autorów, wydawców, marketing, ekipy filmowe i kolorowe magazyny. A co z resztą? W osiadającym na nich kurzu umierają zapomniane. A nawet jeśli o nich pamiętamy, to sięgamy po nie dla jakiegoś fragmentu, cytatu, sprawdzenia hasła do krzyżówki. Czasem zdarza się czytać którąś po raz drugi i kolejny, ale to bardziej przypomina wspomnienia o bliskim zmarłym. Bo książka prawdziwie żyje tylko wtedy, gdy jest dla czytelnika czymś nowym, czymś, co przeżywa po raz pierwszy.

Czy jest jakiś sposób na przedłużenie życia książki albo wręcz przywrócenie jej do życia? Oczywiście, że tak. Takimi książkowymi nekromantami są bibliotekarze, a biblioteki to prawdziwe świątynie książkowej nekromancji, w których walczy się o każdy tytuł, aby pozostał z nami jak najdłużej. Jednakże to walka z wiatrakami, z czytelnikami. Biblioteki odzwierciedlają bowiem dokładnie to, co dzieje się na rynku wydawniczym. Przeważnie kupuje się te tytuły, co do których jest stuprocentowa pewność wypożyczeń, czyli aktualne hity wydawnicze, kolejne tomy popularnych pisarzy, którzy o dziwo osiągają nieraz status gwiazd muzyki. Mają oni swoje fankluby, które dba ją o żywotność powieści idoli.

Bibliotekarze nieśmiało próbują też upowszechniać trochę innej literatury, mniej popularnej, ale zazwyczaj nie odnosi to takich skutków, jak by się chciało. Z czasem każda z nich, bestsellerowy romans, filmowe wydanie literatury młodzieżowej i powieść przez duże P spotyka ten sam los. Od tygodni, miesięcy nie wypożyczane, z rzadka obdarzone przelotnym spojrzeniem czytelnika poszukującego elektryzujących nowości. Co w takiej sytuacji robi bibliotekarz? Wystawy tematyczne, wrzuca mini recenzje na bibliotecznym Facebooku, zakłada konto na Instagramie, podkleja i naprawia te zniszczone, by jeszcze jako tako godnie mogła ta powieść czy reportaż pożyć. Wreszcie, niczym zdesperowany sprzedawca na targu, prawie wciska dogorywającą książkę nieco oszołomionemu czytelnikowi. Ostatecznie jednak wszystko prowadzi do tego, że książka odchodzi także fizycznie.

Co jeszcze można zrobić? Zostawianie książek w miejscach publicznych, bookcrossing czy wymiany książkowe są bardzo dobrym pomysłem, a zwłaszcza te ostatnie. Wtedy przynajmniej wiadomo, w czyje ręce trafiają, a z podrzutkami to nigdy nie wiadomo co się stanie. I tu pojawia się coś takiego, jak drugi obieg książki. Antykwariaty, kiermasze, aukcje internetowe, to wszystko pięknie brzmi, ale czy faktycznie jest tak kolorowo, jak się wydaje?

Podstawowy problem drugiego obiegu książki to prawidłowa wycena książki. Jak jej dokonać? Czy cena sugerowana przez wydawcę jest na pewno właściwa? Czy wystawiając książkę na sprzedaż, należy brać pod uwagę tylko jej wartość niematerialną, czy też do kalkulacji dorzucić trochę kosztów produkcji? Na co zwracać uwagę przy wycenie książki, jeśli bierzemy pod uwagę estetykę? Odpowiedź jest jedna. Wszystko po trochu, w odpowiednich dawkach, z umiarem. Trzeba się tego uczyć latami. Niełatwe to zadanie, skoro nawet antykwariusz i historyk sztuki w jednym, za inkunabuł (czyli pierwsze druki powstałe do roku 1500) potencjalnemu sprzedawcy proponuje 50 złotych. Przez swoją niewiedzę czy też pazerność i chęć wzbogacenia się małym kosztem?

Antykwariaty to w ogóle ciekawa historia. Niby księgarnia, ale nie do końca, bo więcej w nich starych i używanych książek. Niby kiermasz książki, ale też nie do końca, bo często ceny książek są bardzo wysokie, nierzadko dorównujące tym księgarnianym. Niby można się targować, ale też nie wszędzie jest to mile widziane i można wylecieć za drzwi. Tu znów na chwilę powróćmy do bibliotek, gdyż te, w ostatecznym akcie desperackiej próby ratowania woluminów przed niezasłużonym i przedwczesnym zgonem, organizują kiermasze, na których wszystko jest po 7 złotych, albo za 15 złotych nabywa się los, według którego potem można otrzymać jaką droższą książkę. Kiedyś to się świetnie sprawdzało. Nabywca, przyszły czytelnik cieszył się z zakupu za niewielką kwotę, a biblioteka, mając dziesiątki, a nawet setki takich kupujących, cieszyła się podwójnie, z ofiarowania książce drugiej szansy i wpływających środków, które przeznaczy się na nowe zakupy. Dzisiaj czytelnik – nabywca częściej kręci nosem, bo to już za drogo.

Tylko czy taka cena książki jak 5 złotych albo i mniej, to nie jest już lekka przesada? Książka  używana, choć nie zawsze, ale bez śladów użytkowania, w ten sposób staje się tańsza od piwa w pubie albo dwóch puszkowanych ze sklepu. Na używane ciuchy jesteśmy w stanie wydawać wyższe sumy, czemu zatem za książkę tak skąpimy? Przecież to coś więcej, coś znacznie cenniejszego niż dobry browar, onigiri czy fantastyczne dżinsy, choć nie wszyscy czytelnicy są tego świadomi. To nie tylko wartość intelektualna, ale także jak najbardziej materialna. Książka, którą można trzymać w ręce, kartkować i wąchać to również materiał, z którego powstała, to wycięte drzewa, i wiele innych składników. Bronimy karpi przed brutalnym łazienkowym mordem, choinek świątecznych przed bestialskim wyrzucaniem na śmietnik, a śmierć drzewa, z którego powstał kolejny tom ulubionej sagi, wyceniamy na maksymalnie 5 złotych.

Powtarzam tę kwotę 5 złotych, gdyż ostatnio coraz częściej pojawia się ona w różnych grupach na Facebooku, w których członkowie sprzedają swój księgozbiór. Kupię książki do 5 złotych”. Kupujący nawet nie jest zainteresowany tym, jakie to będą książki, byle tylko maksymalnie kosztowały połowę najmniejszego banknotu Narodowego Banku Polskiego. Czym to się różni od poproszę czereśni za 5 złotych”? W przypadku czereśni przynajmniej wybieramy jeszcze, jakie chcemy, tych robaczywych przecież nie. Prawdopodobnie autorem takiego ogłoszenia jest jakiś antykwariusz, dla którego książka to tylko towar.

Takie sytuacje mają też miejsce, gdy potencjalny nabywca zgłasza się do sprzedającego i próbuje negocjować cenę, na przykład obniżając z 12 złotych do 7 złotych i kwestionując wysokość opłaty za przesyłkę, a potem wszczynając prawdziwą medialną nagonkę, gdy książka wysłana zwykłym listem nie dociera, albo jest zniszczona. Bywa też, że delikwent kupi książkę w serwisie aukcyjnym, gdzie wszystkie dodatkowe kwoty są wyszczególnione, a potem w opinii krytykuje za wysokie koszty wysyłki. Rodzi się wątpliwość, czy drogi nabywca używanych dzieł literackich, chce faktycznie je kupić, a może siatkę ziemniaków. Jeśli to drugie, to powinien udać się do Biedronki albo Lidla, gdzie też przy okazji kupi książki. A jeśli chcesz wejść w posiadanie książek z duszą, ale w dobry stanie, to zachowaj tę odrobinę przyzwoitości, i nie kręć nosem na naście złotych za tytuł kosztujący pierwotnie dziesiątki złotych. Tym bardziej nie marudź, gdy trafisz na rarytas, i ktoś oferuje nówkę o złotówkę drożej niż w Bonito.

Miejmy szacunek dla książki, dla tego co sobą reprezentuje, co skrywa na swoich stronach, dla jej autora, korektora, wydawcy, drukarza i księgarza, nie zrównujmy jej z zestawem grillowym, ale też nie zdzierajmy z nikogo. Muzyka łagodzi obyczaje, a literatura wzbogaca. Dając książce drugie życie pokarzmy, że jesteśmy bogaci.


(Visited 83 times, 1 visits today)