Lily Brooks-Dalton

Dzień dobry, Północy

Zagłada ludzkości. Pisarze, filmowcy, i wszelkiego rodzaju twórcy poruszają ten temat od dawana. Ostatnimi czasy staje się on bardzo aktualny. W dobie ciągłych wojen i ataków terrorystycznych, można przypuszczać że taki wariant przyszłości wcale nie jest taki nierealny. Czy ktoś jednak pomyślał o tym co się stanie, jeśli przeżyje Armagedon, i zostanie zupełnie sam? Lily Brooks-Dalton, autorka powieści Dzień dobry, Północy, z pewnością się nad tym zastanawiała.

Bardzo stonowana, spokojna opowieść o końcu świata jaki znamy. Naukowa placówka badawcza na Antarktydzie. Niespodziewanie pojawia się wojskowy samolot, którego załoga ma przeprowadzić błyskawiczną ewakuację. Na miejscu pozostaje tylko Augustine, stary naukowiec, i kilkuletnia dziewczynka o imieniu Iris. W tym samym czasie, na statku kosmicznym Aether, wracającym z misji badawczej księżyców Jowisza, załoga nie może nawiązać kontaktu z Ziemią. Wszystkie kanały komunikacyjne milczą. Co się stało na ojczystej planecie, nie wiadomo. Pojawiają się informacje o jakiejś wojnie, a scena w której Aether zbliża się do błękitnego globu, i jest on całkowici ciemny, przemawia za tym że wydarzyło się coś ostatecznego.

Dzień dobry, Północy wszechobecne są samotność i tęsknota, spychające na plan dalszy bohaterów powieści. Augiemu i Sully, specjalistce od łączności na statku kosmicznym, samotność towarzyszy od zawsze, ale z jej istnienia zdają sobie sprawę dopiero w momencie gdy znika wszystko to co uważali za stałe, pewne, niezmienne. A i to nie od razu. Zrozumienie tego że ich dotychczasowe życie było niepełne, a także że tym co jest najcenniejsze są więzi z innymi żywymi istotami, zajmuje sporo czasu.

Oboje przeżywają swego rodzaju przebudzenie. Przechodzą transformację, delikatnie tylko zarysowaną. Autorka przedstawia nam swoich bohaterów, ukazując ich jako osoby bardzo zamknięte w sobie, z trudem nawiązujące relacje z otoczeniem, momentami wręcz antypatyczne. Nie sposób współczuć Sully, która na Ziemi pozostawiła małą córeczkę, która nawet nie potrafi się zdecydować czy za nią tęskni, czy żałuje że poświęciła się karierze zamiast macierzyństwu. Z czasem jednak oboje delikatnie otwierają się na innych, Sully na współ załogantów, Augustine na Iris. Zmiana nie jest spektakularna, ale dzięki temu obydwoje stają się bardziej realni, trójwymiarowi.

Dzień dobry, Północy widać pewne podobieństwa do „Stacji jedenaście” Emily St John Mandel. Tutaj również następuje globalna zagłada, którą przetrwali tylko nieliczni. Podobna jest także atmosfera wycofania, pustki, nierealności wynikającej ze zderzenia nowej, obcej rzeczywistości ze starym porządkiem. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Dzień dobry, Północy jest bardziej jednostkowa, i mimo otwartego zakończenia, skłania czytelnika do snucia raczej pesymistycznych wizji.

Lily Brooks-Dalton pisze gładko, przyjemnie, ale nie porywająco. Brakuje jej iskry, która rozpala wyobraźnię. Sielankowe niemal opisy życia na Antarktydzie, sceny z pokładowego życia na Aetherze, nie pozbawione napięcia i dramatyzmu, nie osiągają jednak zamierzonego efektu, a wręcz przeciwnie, trochę nudzą. Pewne fabularne posunięcia, jak postać Iris, czy też więź łącząca Augustine i Sully trącą myszką i są odrobinę zbyt wydumane.  Jedynie końcowe rozdziały, gdy z zapartym tchem czekamy na to czy uda się nawiązać łączność radiową i bezpiecznie wylądować, dodają książce trochę życia.   Powieść mogłaby być naprawdę piękna, ale jest, niestety, tylko dobra.

Czarna Owca, 2017


(Visited 66 times, 1 visits today)