Eric-Emmanuel Schmitt

Felix i niewidzialne źródło

Są tacy pisarze, którzy, czytani po raz pierwszy, wprawiają w oniemienie i zachwyt. Gdy jednak sięgamy po kolejne napisane przez nich książki, zaczyna pojawiać się rozczarowanie, znużenie, niechęć. Jako czytelnicy robimy postępy w swojej literackiej edukacji, a ci pisarze od lat pozostają wciąż w tym samym miejscu. Eric-Emmanuel Schmitt należy do tego grona.

Mając w pamięci nowelę Oskar i Pani Róża, po dłuższej przerwie w czytaniu Schmitta, można dać się nabrać, że tym razem będzie inaczej. Jego najnowsza powieść, Felix i niewidzialne źródło, taką właśnie nadzieje daje, choć informacja wydawcy, o tym, że książka jest częścią Cyklu o Niewidzialnym, powinna już dać coś do myślenia. Czytelnik jednak przymknął na to oko albo udał, że nie zauważył i ochoczo przystąpił do lektury.

Co otrzymujemy na początku, poza boleśnie stereotypowym przybyszem z Afryki? Barwną menażerię osobowości, z którymi od razu chcemy się zaprzyjaźnić i fantastyczne miejsce akcji, które chciałoby się codziennie odwiedzać. Trzeba przyznać, że to, za co czytelnicy uwielbiają Schmitta, to umiejętność zgrabnego zapożyczania postaci i miejsc. Tak, dokładnie, zapożyczania.

Niemal wszystko, co znajdziemy w Felixie, gdzieś już było. Najwięcej inspiracji i zapożyczeń pochodzi z Amelii. Bistro prowadzone przez Fatu to nic innego jak kawiarnia, w której pracowała bohaterka słynnego filmu. Również stali klienci tego bistra, a w szczególności pani Simone, przypominają bywalców tamtego lokalu. Wyczuwalne są również podobieństwa do prozy Davida Feoenkinosa, na przykład poprzez natręctwa Roberta Laroussa. I właśnie dla tego, początek powieści czyta się znakomicie, z prawdziwą przyjemnością.

Gdy jednak autor przechodzi do głębszych warstw swojego dziełka, atrakcyjność lektury znika bezpowrotnie. Depresja i krytyczny stan Fatu, wynikające z faktu, iż kobieta pozbawiona jest przeszłości, w czasach gdy tak łatwo o wykolejenie i wykorzenienie się, to temat bardzo ważny dla nas wszystkich. Sposób, w jaki przedstawia go Eric-Emmanuel Schmitt, te wszystkie czary, voodo i tarzanie się w piaskach sawanny, odbiera mu jednak powagę. Dają się słyszeć echa Paulo Coelho i wcześniejszych powieści samego autora.

W tej miejscami zbyt dosłownej i jednocześnie za bardzo udziwnionej historii, z trudem odnajdujemy tę duchowość, o której pisarz chciałby nam opowiedzieć. W kwestii zerwania mentalnej pępowiny, łączącej nas z przodkami i naturą, Schmitt nie pisze nic nowego. Raczy nas wręcz powszechnie znanymi prawdami, jak to, że wyjaławianie naszej planety odbiera oddech ziemi, po której stąpamy, ale i nam samym. Kolejna powieść Schmitta, która do historii literatury nie wnosi nic. Ot, miła czytanka na długi weekend.

Znak, 2019


(Visited 107 times, 1 visits today)