Gadał Kuba do Jakuba

Z moim imiennikiem i rówieśnikiem, obiecującym pisarzem młodego pokolenia, Jakubem Małeckim rozmawiam między innymi o tym jak zaczął pisać książki, ile jest procent Małeckiego w Małeckim, o jego „kobiecej stronie”, oraz o nowej powieści „Rdza”, i nie tylko o niej.

Oczytany Facet:  Zacznę trochę z innej beczki. Od jazdy na rowerze. Znam pewnego kolarza, który bardzo długo nie lubił jeździć na rowerze, i nawet nie umiał. Któregoś lata, wieczorem, gdy strasznie się nudził, wsiadł na stojący w garażu rower, z nienapompowanymi oponami, i po prostu pojechał.  Dlaczego zająłeś się tym czym się zajmujesz, czyli pisaniem? To była jakaś wewnętrzna potrzeba? Ciśnienie, któremu można dać upust tylko przelewając je na papier? A może coś zupełnie innego?

Jakub Małecki: To jest właśnie dość dziwne, bo ja naprawdę nigdy nie marzyłem o byciu pisarzem. Spędziłem młodość w Kole, przed blokiem, z kumplami. Tak jak pozostali, marzyłem o tym, żeby zostać strongmanem, ewentualnie bogatym bezrobotnym. Moim celem w życiu było podniesienie 200 kg na ławce i wyhodowanie sobie ramienia większego niż głowa. Pisanie pojawiło się znienacka, dopiero na studiach, a studiowałem zresztą bankowość, nic literackiego. Od dziecka lubiłem czytać, ale dopiero wtedy, jakoś na trzecim roku chyba, zacząłem pisać krótkie opowiadania i od tego się zaczęło. Nie potrafię natomiast wyjaśnić, skąd się taka potrzeba we mnie wzięła.

OF: Czytanie jest wpisane w zawód pisarza. Czy traktujesz to bardziej jako zapoznanie się z konkurencją? Jak często i ile czasu poświęcasz na czytanie?

JM: Ja uwielbiam czytać. Czytam dużo i to moja wielka frajda w życiu. Zupełnie nie interesuję się konkurencją, jak to nazwałeś, nie dobieram sobie lektur z jakiegoś „logicznego” klucza. Czytam codziennie, zazwyczaj wieczorami, chyba, że gdzieś wychodzę. Jestem raczej towarzyskim gościem, często spotykam się ze znajomymi, wyjeżdżam i tak dalej, ale nie wyobrażam sobie życia bez książek.

OF: Zdradzisz jacy autorzy, jakie tytuły są ci bliskie? I dla czego właśnie te?

JM: Jest tego bardzo wiele, ale może powiem Ci, co ostatnio zrobiło na mnie wrażenie. „Mag” Johna Fowlesa, „Oberki do końca świata” Wita Szostaka, „City” Alessandro Baricco i czterotomowa saga neapolitańska Eleny Ferrante. To bardzo różne książki, które mają jednak kilka cech wspólnych. Wszystkie są pięknie napisane, wszystkie zapewniają prawdziwe emocje i we wszystkie, jako czytelnik, od pierwszej do ostatniej strony wierzysz.

 

OF: Twoja proza jest bardzo delikatna, zwracasz uwagę na wiele szczegółów, na które przeciętny mężczyzna nawet nie spojrzy. Jest w „Dygocie”, w „Śladach”,  „W odbiciu”, taka trochę kobieca wrażliwość. Kto lub co ukształtowało w Tobie tę niezwykłą w dzisiejszych czasach wrażliwość?

JM: Ciekawe, że o tym wspominasz. Kilka dni temu zastanawiałem się, co bym zrobił, gdybym w jakiejś dramatycznej, krytycznej sytuacji musiał nacisnąć jeden z dwóch przycisków: pierwszy zniszczyłby wszystkie książki napisane przez mężczyzn, a drugi zlikwidowałby literaturę stworzoną przez kobiety. Zostawiłbym tę kobiecą. Ja po prostu sam lubię taką literaturę, dlatego pewnie do takiej mnie ciągnie, kiedy siedzę przy biurku, wymyślając swoje opowieści.

foto. Tomasz Pluta

OF: Czy dosyć płynne przejście od literatury stricte fantasy, do powieści bardziej obyczajowej, z wyraźnymi elementami realizmu magicznego, to efekt  dojrzewania jako człowiek, mężczyzna, pisarz?  

JM: Nie wiem, bo tak szczerze mówiąc, dla mnie to się absolutnie nie wyklucza. Rzeczywiście, teraz ciągnie mnie zdecydowanie bardziej do historii obyczajowych, bardzo mocno zagnieżdżonych w codzienności, ale dalej lubię fantastykę i sporo jej czytam – zresztą, czytam bez podziału na gatunki i kategorie.

OF: Spotkałem się ze stwierdzeniami że „Dygot” i „Slady” są bardzo ładne, dobrze się je czyta, ale też są bardzo podobne do „Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk. Jest w tym jakieś ziarnko prawdy? Jakaś fascynacja twórczością Tokarczuk? Czy to tylko przypadek?

JM: Znam książki Olgi Tokarczuk i bardzo je cenię, ale nie są to pozycje, które umieściłbym na półce ze swoimi najważniejszymi tytułami.

OF: Czytałem trzy ostatnie Twoje książki, i mam wrażenie że w każdej z nich jesteś dosyć negatywnie nastawiony do dużych miast, a szczególnie ciepłe uczucia żywisz do wsi, która ani w „Dygocie” ani w „Śladach”, nie jest w cale sielska, anielska, a czasem nawet bardziej niebezpieczna niż wielka metropolia. Skąd się to bierze?

JM: Chyba stąd, że życie na wsi wydaje mi się prawdziwsze niż w mieście. W mieście łatwiej jest udawać kogoś, kim się nie jest, łatwiej prowadzić życie zupełnie sztuczne. Wieś ma swoje wady i zalety, jak wszystko, ale akurat wydaje mi się, że pod względem takiej właśnie „szczerości życia”, miasto jej ustępuje.

OF: Jeździsz na motorze. Główny bohater „W odbiciu” również dosiada stalowego rumaka. Ile w Twojej prozie jest z Ciebie , doświadczeń, przeżyć, wspomnień, sytuacji?

JM: Dość dużo, ale zawsze zmieniam własne doświadczenia czy zasłyszane historie tak, aby pasowały do opowieści, którą chcę opisać. Rzeczywiście, najczęściej wychodzę od jakiejś sytuacji, która naprawdę się zdarzyła, ale w finalnej wersji tekstu jest ona już zupełnie czymś innym.

OF: Jesteś bardzo płodnym pisarzem. W 2008 roku wydałeś dwie powieści, w 2009 jedną, 2011 dwie, potem 2013 z jedną, od 2015 co roku po jednej, a do tego dochodzą jeszcze opowiadania, spotkania autorskie. Jak dajesz radę? Jesteś tytanem pracy? Jakaś skuteczna samodyscyplina?

JM: Być może to wynik tego, że przez lata pracowałem w banku jako analityk finansowy i przyzwyczaiłem się do takiego etatowego reżimu. Codziennie rano wstaję na budzik, nie robię sobie lżejszych dni, przerw i tak dalej. Odpoczywam wieczorami i w weekendy. Myślę, że podstawą w takich wolnych zawodach jest właśnie konsekwencja. Bez tego człowiek prędzej czy później się pogubi.

OF: Wkrótce premiera nowej powieści „Rdza”.  Możesz powiedzieć o niej kilka słów? Zdradzić co nowego znajdziemy w „nowym Małeckim?”.

JM: Mam nadzieję, że właśnie tę „kobiecą wrażliwość”, o której wspomniałeś. W „Rdzy” bardzo starałem się stworzyć ciekawą bohaterkę, taką, o której naprawdę chce się czytać. Życie Tośki Stawnej poznajemy niejako równolegle z życiem jej wnuka, i ta dwójka bohaterów zostaje wrzucona w dramatyczną sytuację, której żadne z nich się nie spodziewało. To powieść przede wszystkim o przyjaźni, ale też o tym, jak w obliczu różnych przeciwieństw nie rezygnować z marzeń i dalej próbować być sobą.

OF: A są jakieś plany na przyszłość? Kolejna książka? Jakiś pomysł? Zalążek pomysłu?

JM: Tak, zacząłem pisać następną powieść, która, mam nadzieję, będzie zupełnie inna niż dotychczasowe. Zbyt wcześnie, aby cokolwiek o niej mówić, mogę natomiast zdradzić, że roboczy tytuł to „Nauka latania”. To taki breaking news na koniec – w żadnym wywiadzie jeszcze o tym nie mówiłem J

OF: Dziękuję za rozmowę, i mam nadzieję do zobaczenia wkrótce na spotkaniu autorskim we Wrocławiu.

  • Właśnie czytam moją pierwszą książkę Jakuba Małeckiego, a konkretnie Dygot. Nie jestem jeszcze na jakimś mocno zaawansowanym etapie, ale już wiem, że do ostatniej strony będę ją chłonąć. Ciekawostką jest to, że mam znajomego o tym samym imieniu i nazwisku, co autor, i wielokrotnie żartowałam, że może być na mnie zły, bo jeszcze nie przeczytałam jego książki 🙂

  • Anna Iwanczewska

    Przeczytałam 🙂 I podobał mi się 🙂

    • Ale autor, czy wywiad? 😉

      • Anna Iwanczewska

        Autor i wywiad 😉