Elena Ferrante

Genialna przyjaciółka

Po wielu nieudanych spotkaniach z bestselerowymi powieściami, książkowymi hitami sprzedaży, przenoszonymi na ekrany kin i telewizorów, zanim jeszcze autor zdąży postawić końcową kropkę w ostatnim tomie, długo unikałem Eleny Ferrante. Myślę, że gdyby nie pandemia i ograniczone możliwości podróżowania poza granice kraju, na umiłowane przeze mnie południe Europy, nie przeczytałbym żadnej spośród powieści tej najbardziej enigmatycznej postaci na współczesnej scenie literackiej. Stało się jednak inaczej, czego nie żałuję.

Genialna przyjaciółka, tom pierwszy głośnego cyklu powieściowego, to proza, o której trudno jest napisać coś jednoznacznie złego lub dobrego. Wielką zaletą książki, jest możliwość zobaczenia Włoch, jakich raczej już nie ujrzymy. Zostajemy wrzuceni w sam środek mało klimatycznej, biednej, szarej i brzydkiej codzienności włoskich przedmieść sprzed kilkudziesięciu lat. Trafiamy tam nie jako turyści, obserwujący wszystko z boku, ale jako mieszkańcy ubogiej dzielnicy, sąsiedzi, może nawet przyjaciele, znajomi głównych bohaterek, uczestnicy wydarzeń. Czujemy zapach sosu pomidorowego i makaronu, wydobywający się z otwartych okien mieszkań. Słyszymy kłótnie, przekleństwa i śmiech dobiegające co chwila z innej strony. Chyba żadna powieść rozgrywająca się we Włoszech, nie przedstawiała tego tak wyraziście. To zasługa wyobraźni czytelnika, którą umiejętnie stymuluje autorka i tłumaczka.

Tak, Genialna przyjaciółka jest przetłumaczona wyśmienicie, uwypuklając wszystkie plusy i, niestety, także minusy stylu Eleny Ferrante. Pierwsze, na co zwraca się uwagę podczas lektury, jeszcze nawet zanim poczujemy neapolitańskie słońce na swej skórze i usłyszmy gwałtowną wymianę zdań zza ściany sąsiedniego, niewielkiego mieszkanka, to wyjątkowa plastyczność języka. Jest to zasługa Aliny Pawłowskiej – Zampino, której udało się oddać w polskim tłumaczeniu nie tylko klimat dusznego od emocji osiedla, ogrodzonego od reszty miasta głęboką społeczną przepaścią, ale też tę specyficzną melodyjność włoskiego języka. Czytając książkę Ferrante, wręcz słyszy się, jak bohaterowie rozmawiają, gwarą bądź literackim językiem włoskim i widzimy, jak przy tym gestykulują.

Jakie więc wady może mieć Genialna przyjaciółka? Przede wszystkim zadziwiające przywiązanie Eleny Ferrante do powtórzeń, które miały chyba trochę rozepchać powieść do większych rozmiarów. O tym, że Elena nieustannie próbowała dogonić swoją przyjaciółkę, czytamy niejednokrotnie. Narratorka – Elena, kilkakrotnie powtarza to wręcz wprost w sąsiadujących ze sobą akapitach. O tym, że nie pasuje do środowiska, w którym wyrosła, także dowiadujemy się z kolejnych wydarzeń. Spowiedź przed czytelnikiem, do której Ferrante zmusza swoją bohaterkę na ostatnich stronach powieści, jest więc niepotrzebna. Opowieść o przyjaźni Eleny i Lili niebezpiecznie zbliża się też do telenoweli.

Te czytelnicze rozczarowania są jednak na tyle drobne, że ustępują miejsca zdecydowanie większym zachwytom. Genialnej przyjaciółki nie zaliczmy do wąskiego grona wybitnych powieści, ale też nie trafi ona na półkę z przeciętną czy słabą literaturą. To dobra, przykuwająca uwagę, obyczajowa proza, przecząca wszelkim złym doświadczeniom związanym ze współczesnymi bestselerami, pisanymi dla pieniędzy.

Sonia Draga, 2018

(Visited 354 times, 1 visits today)

2 osoby skomentowały “„Genialna przyjaciółka” Elena Ferrante – recenzja

    • Ta książka nie zbliża się do telenoweli, ona jest telenowelą. Trzy czwarte pierwszego tomu przeczytałam z zainteresowaniem, później jednak książka coraz bardziej mnie nużyła i irytowała. Przeczytał wszystkie cztery tomy, bo zawsze kończę czytać to co zaczęłam.
      W retrospekcji widzę ją jako próbę ( udaną czy nie) kontynuacji neorealizmu włoskiego, czyli opisu czasów biedy powojennej i wychodzenia z niej w poludniowych Włoszech, tej biednej i zacofanej części kraju. Tu rzecz dzieje sie sporo po wojnie, ale Ferrante imituje wiele wątków, ktore znamy z filmów Felliniego, de Sicci, Rosseliniego. Te postaci kobiet u Ferrante to Anna Magnani, Sofia Loren czy Giulietta Massina w filmach z lat 50 i 60 tych. Dla mnie ten cykl to próba wykorzystania tej zapomnianej świetności. Starsi to znają i pamiętają, ale mlodzi odbierają tę serię jako absolutnie nową narrację. Ale wszystko juz bylo.
      Tłumaczenie też raczej niechlujne. Dobiło mnie „ubrała sukienkę”.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.