Markus Zusak

Gliniany most

Jedną z cech wielkiego pisarza, jest to, że każda jego książka jest inna. To jedna z zalet pisarstwa Markusa Zusak. Autor nie ma w zwyczaju odcinać kuponów, od tego, co już osiągnął. Stawia przed sobą nowe, trudne wyzwania i niestety różnie sobie z nimi radzi.

Gliniany most, najnowsza, długo oczekiwana powieść australijskiego pisarza jest dziwna. Sam początek książki wprowadza czytelnika w lekką konsternację. O co chodzi? Gdzie my jesteśmy? I o czym opowiada narrator? Po kilku stronach pojawia się zauroczenie piątką Dunbarów i ich niecodziennym zwierzyńcem. Gdy jeden z braci, narrator tej historii, zaczyna opowiadać o ich matce, Peny, imigrantce z Polski, robi się jeszcze ciekawiej. Penelopa to najlepiej napisana postać w całej książce, choć autor zdecydowanie nie wykorzystał potencjału.

Bagaż doświadczeń uchodźcy, próbującego odnaleźć się w zupełnie obcym dla niego świecie, to świetny temat na odrębną powieść. W Glinianym moście dość wyraźnie, aczkolwiek niewystarczająco zarysowany. Wątek ten zostaje zepchnięty na pobocze przez multum innych opowieści, mniej lub bardziej związanych z rodziną Dunbarów.

Mniej więcej w połowie tej obszernej, wielostronicowej powieści, orientujemy się, że Zusak nas oszukał. Książka, która miała poruszać i oczarowywać, okazuje się nużącą historią o stracie. Każdy z bohaterów coś traci, czy to dzieciństwo, ojczyznę, ojca, matkę, żonę albo dziewczynę i różnie sobie z tym radzą. Wiele tu smutku, rezygnacji, agresji i bezsensownej przemocy, pod którymi bracia Dunbarowie ukrywają swoje prawdziwe uczucia i lęki. Im dłużej czytelnik ma z nimi do czynienia, tym bardziej czuje zmęczenie i niechęć wobec nich.

Lekkość prozy Zusaka, znana z poprzednich książek, gdzieś zniknęła. Autor starał się pisać, tak jak mógłby napisać tę historię dwudziestoparoletni chłopak z niższej klasy średniej. Jest nieskładnie i brzydko. Narracja potyka się o zbędne słowa, zdania i całe akapity. Niektóre, jak na przykład nadchodzące czasy nadchodziły, wręcz kłują w oczy. A jak się dowiadujemy z czasem, narrator i najstarszy z braci uwielbiał czytać i pisać. Trudno uwierzyć, że ktoś chętnie i często czytający, skonstruowałby taki koszmarek.

Lekturę utrudnia również sposób prowadzenia narracji. Brak chronologii i przechodzenie od narracji pierwszoosobowej do trzecioosobowej. Jakim cudem najstarszy z chłopaków, mógł wiedzieć, co ktoś mruczał pod nosem, jeśli nawet nie był świadkiem tej sytuacji, albo jakie miny robił ktoś, o kim słyszał z drugiej ręki?

Zastanawia też główny motyw powieści, czyli budowa mostu przez ojca i syna. Jego symbolika, czyli próba zrekonstruowania relacji z marnotrawnym ojcem i synami, jest aż nazbyt oczywista. Pomysł, by dokonało tego dwóch niewykwalifikowanych ludzi, bez odpowiednich funduszy na materiały i sprzęt, jest absurdalny. Drażni również znikome pojęcie Zusaka o ojczyźnie jednej z bohaterek. Polska lat siedemdziesiątych jest przedstawiona tylko w jednej skali barw. Był to trudny i nieprzyjemny okres w naszej najnowszej historii. W Glinianym moście Polska jest szara, bura i ponura. Jest wiecznie zimno i brakuje tylko niedźwiedzi polarnych na ulicach Szczecina.

Nowy Markus Zusak niczego nie wniesie w życie czytelników. Powieść jest chaotyczna, męcząca i nudna. Ledwie kilka naprawdę świetnych scen przykuwa uwagę na dłużej. Szkoda, że nie trafiły one do lepszej powieści.

Nasza Księgarnia, 2019


(Visited 126 times, 1 visits today)