Joshua Hammer

Hardcorowi bibliotekarze z Timbuktu

O bibliotekarzach powstawały dotąd nieśmiertelne powieści, kasowe filmy kinowe, i popularne, nisko budżetowe seriale telewizyjne. Czemu więc nie mogliby stać się bohaterami reportażu? Właśnie o nich napisał książkę Joshua Hammer. Dokładnie o Hardcorowych bibliotekarzach z Timbuktu, przeciwstawiających się Al-Kaidzie.

Reportaż Joshuy Hammera czyta się jak najlepszą powieść sensacyjną. Znajdziemy w nim czarne charaktery, w ilościach eksportowych, szlachetnych, odważnych ludzi, wielką politykę międzynarodową, interesy wielkich mocarstw i lokalnych watażków.  Hammer o tak poważnym temacie, jak rosnący w siłę fanatyczni dżihadyści, ich destrukcyjny wpływ na kulturę i relacje międzyludzkie, pisze lekko, ze swadą. Jednakże narracja momentami utyka, gdy autor powraca do przeszłych wydarzeń z życia bohaterów tego dramatu.

Joshua Hammer dość często zbacza z głównego tematu swojej książki, czyli heroicznej walki o uratowanie setek tysięcy rękopisów, kulturowego dziedzictwa Islamu. Bywa że odbiega zbyt daleko głównego wątku, i podawane przez niego fakty nie są w żaden sposób powiązane z działaniami bibliotekarzy z Timbuktu. Bo czyż udział Bono w koncercie, wiedza o tym z kim przyleciał i co robił przed i po swoim występie na Festival au Désert, ma z tą historią coś wspólnego? Natomiast bardzo mało Hammer pisze o bibliotekarzach z Timbuktu. Akcję ratowania cennych księgozbiorów przedstawia  w sumie może w trzech niepełnych rozdziałach. Autor skupił się na terrorystach, ich czyniąc głównymi bohaterami książki, a bibliotekarzy spychając na margines.

Ta drobiazgowość w przedstawianiu drogi od zwykłego obywatela do zbrodniarza jest jednak bardzo interesująca. Teoretycznie wiemy o tym w jaki sposób działają islamscy terroryści, co do tej pory uczynili, ale przekazywane w telewizyjnych dziennikach informacje o tym nie poruszają już tak jak kiedyś. Dopiero Hammer,  poprzez swój styl pisania, stawia czytelnika w środku wszystkich wydarzeń, na placu w Timbuktu, gdzieś na pustkowiach Sahary. Przecieramy z niedowierzania oczy. Przerażenie ogarnia na myśl że ktoś taki jak Iyad Ag Ghaly, początkowo artysta, poeta, muzyk, organizator wielkiego festiwalu muzycznego, który  stopniowo zmienił się w chorą bestię, że ktoś taki mógłby jako uchodźca zamieszkać w sąsiedztwie.

Oprócz sporadycznych narracyjnych „korków”, pewne trudności w czytaniu sprawia również duża liczba arabskich imion i nazwisk. Trudno je wymówić, a jeszcze trudniej zapamiętać. Czytelnik zastanawia się czy to w dalszym ciągu ten sam bohater, czy już ktoś zupełnie inny. Biorąc pod uwagę powyższe, a przede wszystkim znikomą ilość bibliotekarzy w książce o bibliotekarzach, pomimo satysfakcji i niewątpliwej przyjemności wynikającej z lektury, można poczuć się lekko rozczarowanym. Miał to być powiew świeżość w znanym już temacie, coś czego jeszcze nie było, a wyszło to co zwykle. Kolejna historia o terrorystach i żołnierzach z nimi się rozprawiających.

Wydawnictwo Agora, 2017

  • alexanderkowo.pl

    Ja przeczytałam recenzję, to miałam wrażenie, że w książce zdecydowanie więcej tematu terrorystów, niż osób się im przeciwstawiających. Chyba ciężko się czyta, co?

  • Tematyka zupełnie nie moja, ale z pewnością aktualna. Ciekawa recenzja.

  • Zainteresowała mnie ta książka, choć na co dzień nie sięgam po tego typu tematykę…
    Świetna recenzja!
    Pozdrawiam serdecznie