Jakub Małecki

W odbiciu

Przygodę z prozą Jakuba Małeckiego rozpocząłem od końca, czyli od jego ostatniej powieści. „Dygot” zaintrygował mnie na tyle, że skusiłem się, i sięgnąłem po jedną z wcześniejszych książek autora. Nie wiem czy słaba dostępność powieści Jakuba jest efektem popularności młodego pisarza, czy też nieuwagą wydawców, ale spośród kilku dotychczas wydanych tytułów, w księgarni znalazłem tylko W odbiciu. Przeczytanie w pierwszej kolejności „Dygotu”, a potem starszego utworu niestety okazało się błędem.

Akcja powieści rozgrywa się w Słupcy, typowym, ani specjalnie pięknym, ani brzydkim, średniej wielkości mieście, przez Małeckiego ukazanym jednak w bardzo szarym, niekorzystnym świetle. Bohaterami tej opowieści są Karol, bezrobotny motocyklista, jego żona Natalia, Pielgrzym – dawny znajomy Karola, obecnie kloszard i alkoholik, kilku innych znajomych Karola, oraz Gienia, starasz pani zmagająca się z nagłą, śmiertelną chorobą. To właśnie ich oczami poznajemy historię rozgrywającą się w Słupcy. Każde z nich dorzuca po kawałeczku, dzięki czemu opowieść staje się pełniejsza, ale zabieg ten nie do końca się autorowi udał. Motocyklista, nawiedzony narkoman i alkoholik oraz kobieta u progu emerytury mówią dokładnie w ten sam sposób. Brakuje w powieści tych tytułowych odbić. A przecież każde z nich, z racji innych doświadczeń życiowych, środowisk i miejsc w których się wychowali i dorastali, inaczej postrzega świat, a zatem także inaczej by się wysławiali.

Jest jeszcze jeden bohater, który jednakże nie pojawia się w książce jako konkretna postać, ale w pewnym sensie jest obecny niemal na każdej stronie. Łączy ze sobą niemal wszystkie wydarzenia i bohaterów. Irieasz. Przerażający anioł, który oszalał, czy też od początku swojego istnienia miał dwoistą postać. Anioł nieco podobny do Lucyfera, który co prawda nie zbuntował się przeciwko Bogu, ale podzielił się na dwie osobowości, które na dobrą sprawę specjalnie się od siebie nie różnią. Irieasz jest aniołem zwiastującym apokalipsę. Pojawia się w szarej rzeczywistości Słupczan, by obudzić ich, i uwolnić w nich to co najgłębiej skrywają, czyli najczęściej złość i agresję. Zabójstwa, napady, straszliwe wypadki i zbrodnie w afekcie stają się chlebem codziennym dla mieszkańców miasta, oraz innych części kraju. Mężczyzna z głową psa, ukazujący się Karolowi, widmo fortepianu, krwawe zbrodnie, zapewne miały budzić grozę w czytelniku. Gdyby pies w garniturze, czy też opasce na biodrach miał być przerażający, Egipcjanie wymarli by na zawał serca, a dzieci w podstawówce moczyłyby się po lekturze „Ferdynanda wspaniałego”. Wszechobecna przemoc, a zwłaszcza ogólna znieczulica na nią, oraz na drugiego człowieka faktycznie są przerażające, ale mamy to na co dzień, więc od powieści, która ma wywołać w nas dreszczyk emocji, oczekuje się czegoś innego. Odnoszę też wrażenie że to wszystko już gdzieś po części było. Nerwy spuszczone ze smyczy, to nic innego jak Michael Douglas w „Upadku”. Nie najlepiej ma się również z finałem Odbić, w którym autor pozwala by wszystko rozmyło się i zakończyło polubownie, ugodowo, jak długi i żmudny proces sądowy. Można odnieść wrażenie że pisarz sam przestraszył się swojego pomysłu, i zrejterował, nie doprowadzając swojej książki do końca.

Niezmiennie zachwycający u Małeckiego jest język jakim pisze. Świadczy to o ogromnej wrażliwości i oczytaniu. Dzięki temu, pomimo tych kilku potknięć, które tylko w całościowym ujęciu Odbić przybierają większe rozmiary, powieść czyta się z niewymuszoną przyjemnością. Biorąc pod uwagę że młodszy od kilka lat „Dygot” przewyższa Odbicia o kilka głów, jestem pełen nadziei, i z rozkoszą sięgnę po kolejne utwory Jakuba Małeckiego.


(Visited 71 times, 1 visits today)