Zbigniew Rokita

Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku

Książka Zbigniewa Rokity ma dwie niewątpliwe i duże zalety. Czyni temat Górnego Śląska, jego historii i mieszkańców, obiektem zainteresowania całego kraju, co nie zdarza się często. Jest też, mimo trudnej tematyki, bardzo łatwa i przyjemna w odbiorze. To lekki styl, jakim Rokita pisze o swoich rodzinnych stronach, sprawia, że tak dobrze czyta się Kajś. Jakbyśmy siedzieli razem ze Zbigniewem przy piwku i prowadzili luźną, swobodną rozmowę, która właśnie zahaczyła o Górny Śląsk.

Dzięki temu nie mam się poczucia, że o Śląsku opowiada ktoś nierealny, gadająca głowa z telewizora czy też portret felietonisty z czasopisma, a człowiek z krwi i kości. Prawdziwy i w swojej tożsamości zagubiony, jeszcze do niedawna nieidentyfikujący się z regionem. I jest to narracja autentyczna, bo autor przyznaje się do swojej i swoich bliskich, niegdysiejszej niechęci, która wynikała z braku zrozumienia i nieprawdziwych przedstawień Górnego Śląska i jego mieszkańców.

Śląsk widziany oczami Zbigniewa Rokity i jego rozmówców, jest diametralnie różny, od tej wizji, do której przywykliśmy, chociażby przez koszmarny serial Święta Wojna. To miejsce, w którym ścierały się żywioły, gdzie graniczyły ze sobą nie tylko różne państwa, ale i światy. Jak gąbka nasiąkające wpływami przybywających na te ziemie ludzi. Niespokojne jak Bałkany, zwłaszcza w przeciągu ostatnich stu kilkudziesięciu lat, ale też wysoko cywilizowane, w porównaniu z pozostałymi ziemiami wchodzącymi w skład dwudziestowiecznej Polski. Miejsce, w którym rozgrywały się dramaty niczym w historii Erin Brokovich, w których pierwsze skrzypce także grały dzielne kobiety. To tutaj istniały tuż powojenne obozy, w których niedawne ofiary mściły się na pobratymcach swoich katów.

Trudno stwierdzić, czy Zbigniew Rokita, pisząc Kajś chciał przekonać czytelników o istnieniu narodowości śląskiej. Nic na to nie wskazuje, ale jeśli taki zamysł się pojawił, to nie powiódł się. Rokita przytacza różne wypowiedzi i argumenty osób opowiadających się za narodową odrębnością Ślązaków, w tym te o tworzeniu się narodów, kodyfikacji języka czy o Wielkim Śląsku, sięgającym od morza do morza, ale nie są one niepodważalne. Ślązacy z pewnością zostali pokrzywdzeni przez historię, i to niejednokrotnie. Wielkie nawałnice dziejów, przesuwające granice, przywiały też wiele obcych kulturowo elementów, które przez stulecia zdążyły się ukorzenić. Czy to jednak świadczy o odrębności narodowej?

Coś jest jednak w Kajś, co stawia pod znakiem zapytania słuszność werdyktu kapituły Nike. Pierwsze wrażenia z lektury zdają się potwierdzać, że Nike należała się Rokicie, jednak z czasem pojawia się kilka wątpliwości. Przede wszystkim język, jakim posługuje się autor. Ta lekkość, momentami przechodząca wręcz w język potoczny, która z jednej strony jest zaletą, w którymś momencie zaczyna kłóć w oczy. O ile wulgaryzmy w przytaczanych wypowiedziach są dopuszczalne, to nie powinny pojawiać się w oryginalnym tekście Rokity. A niestety przytrafiają się, przekleństwa i potoczne zwroty, często w sąsiedztwie zdań, całych akapitów wręcz stylizowanych na wysoką, literacką, trochę niedzisiejszą polszczyznę. Zdarzają się także powtórzenia, nieprzystające uznanemu dziennikarzowi i wydawnictwu o takiej renomie. Rokita porusza też zbyt wiele tematów, które zapewne nie wyczerpują śląskiej problematyki, ale i tak pozostawiają czytelnika w stanie lekkiego informacyjnego szoku. Wiele z nich, jak na przykład wspomniane już obozy, zasługują na osobną książkę.

Czy warto przeczytać Kajś? Zdecydowanie tak. To ciekawa i potrzebna książka. Jest to ważna, nienapastliwa i nikogo nie wybielająca, próba uporządkowania dziejów i wiedzy na temat Śląska. Dla wielu będzie to lektura odkrywcza, otwierająca horyzonty, stanowiąca zaproszenie do dyskusji na temat Śląskości.

Czarne, 2020

(Visited 97 times, 1 visits today)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.