Kazuki Sakuraba

Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów

Saga rodzinna Kazuki Sakuraby opowiada o trzech pokoleniach kobiet z rodziny Akakuchibów, potentatów przemysłu hutniczego w małej wioseczce, potem miasteczku, gdzieś na peryferiach cesarstwa. W powieści wyróżniają się trzy kobiece postacie, choć jest ich na jej kartach znacznie więcej. Przede wszystkim Manyo, dziewczynka obdarzona darem widzenia przyszłości, porzucona przez tajemniczy lud zamieszkujący pobliskie góry, przygarnięta przez młode małżeństwo, wreszcie żona dziedzica fortuny Akakuchibów. Jej córka, Kemari, smutna buntowniczka, niewolnica własnego sukcesu, oraz wnuczka Toko, która opowiada nam losy swojej rodziny od lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, po dzień dzisiejszy.

 

Proza Sakuraby jest bardzo kobieca, ale znacznie odbiega od współczesnych nurtów w literaturze kierowanej do płci pięknej. Pojawiają się w niej myśli, które raczej stoją w opozycji z hasłami głoszonymi przez feministki. Manyo i jej teściowa Tatsu, są silnymi kobietami, które całe życie poświęciły dzieciom, rodzinie i dbaniu o jej dobro. W którymś momencie czytamy nawet, że najważniejszą rolą kobiety jest urodzić i wychować dzieci, a Manyo martwi się jedną ze swoich proroczych wizji, w której kobiety nie cieszą się już z urodzenia dziecka. Kemari co prawda robi karierę, zarabia ogromne pieniądze, ale również wszystko to robi dla dobra rodziny i podupadającej firmy. Znowuż jej córka Toko, szukając swojej własnej legendy i szczęścia, dochodzi do wniosku, że może wytrwanie przy jednym mężczyźnie i wyjście za mąż z miłości a nie z rozsądku, będzie sukcesem.

Czerwone dziewczyny to piękna powieść, historyczno – obyczajowa, z elementami baśni. Śledząc losy kolejnych pokoleń, członków rodziny oraz przyjaciół, poznajemy też najnowszą historię Japonii. Co prawda jest to bardzo przyspieszona lekcji historii, w której poruszane są tylko najważniejsze jej aspekty, ale to wystarczająca ilość informacji, by zobaczyć ten kraj i jego mieszkańców w zupełnie nowym świetle, jako miejsce na ziemi, którym również targają niepokoje i kryzysy. Społeczny przymus bycia silnym i pięcia się w górę za wszelką cenę, jaki towarzyszył pokoleniu wojennemu i urodzonemu tuż po, dotknął chyba wszystkich narodów, które ucierpiały podczas tego konfliktu. Japonia poszła jednak o krok dalej, gdy okazało się że propaganda siły się nie sprawdziła,  kolejnemu pokoleniu wpajając  konieczność rywalizacji z rówieśnikami od najmłodszych lat, byle tylko być pierwszym w wyścigu i zgarnąć jak najwięcej. Doprowadziło to do wielu załamań, rosnącej liczby samobójstw, braku wiary w cokolwiek, wzrostu agresji, i wreszcie do tego że nowe pokolenie znalazło się w trudnej do zniesienia próżni. Stąd się wzięły również wszelkie odchylenia i zwichrowane osobowości, jak na przykład problem otaku, który autorka bardzo dobrze opisała. Szkoda tylko że tak niewiele, prawie nic, nie przeczytamy w Czerwonych dziewczynach na temat jakże rozległej i skomplikowanej japońskiej etykiety, obyczajów, i kultury, tej starszej niż współczesna kultura masowa.

Baśniowość Czerwonych dziewczyn przejawia się w postaci jasnowidzącej Manyo, jej tajemniczych przodków z gór, zwyczaju wzywania ich, gdy ktoś odbierał sobie życie aby zabrali ciało, odrobinę przerażającego cmentarzyska, które owi tajemniczy ludzie stworzyli w sercu gór, w pięknej, różanej dolinie, a także fakt, że ostatecznie nie mamy pewności czy to wszystko faktycznie się wydarzyło. Umiejscowienie akcji w małej, odciętej od świata miejscowości, a także wyraźnie widoczny schemat rozkwitu i upadku rodu, w połączeniu z tymi nierealnymi wydarzeniami, przypominają „Sto lat samotności” Marqueza. To również dodaje powieści pewnego baśniowego czaru.

Ale na tym nie koniec. Kazuki Sakuraba pisze w bardzo mangowym stylu, co nikogo nie powinno dziwić, gdyż pisarka jest też rysowniczką komiksów. Wiele scen, jak na przykład te, w których dookoła fruwają liście, płatki śniegu, albo wizja latającego człowieka, czy moment w którym Manyo wkracza do rezydencji jako panna młoda i spotyka swojego przyszłego męża, są jak kadry żywcem wycięte z japońskich komiksów.  Również kreacja postaci, Yoji, Toyo, czy Kemari mocno trąci mangowymi standardami. Nie ma jednak w tym nic złego. Te mangowe naleciałości bardzo pasują do historii rodu Akakuchibów.

Niestety Czerwone dziewczyny nie są powieścią idealną. Pierwsze dwie części, w których dowiadujemy się o przeszłości rodu, mają to coś, co sprawia że czytamy z zainteresowanie, bliskim utracie tchu. Na część ostatnią, rozgrywającą się współcześnie, najwyraźniej zabrakło już pomysłu. Jest nudno, nijako, a absurdalne śledztwo, w celu ustalenia kogo zamordowała Manyo, nawet nie irytuje, a śmieszy. Tak jak i główna bohaterka tej części, Toko, którą ma się ochotę przełożyć przez kolano, i krzyknąć „ogarnij się dziewczyno!”. Sprawdza się tu powiedzenie, nie ważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy.

Wydawnictwo Literackie, 2017

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:


(Visited 59 times, 1 visits today)