Kilka myśli na temat czytania

Lubię patrzeć, jak ktoś czyta. Sprawia mi to nie tylko przyjemność, ale także daje poczucie łączności, przynależności do większej całości, jakże cenne w czasach pandemii internetu i rozpadu wszelkich realnych więzi. Oczywiście chodzi o czytanie książek lub prasy, chociaż ta ostatnia nie zawsze daje takie same efekty wizualne. Sms, mail, ogłoszenie na przystanku, posty na Facebooku i Instagramie, choćby najdłuższe i najmądrzejsze, nie liczą się. Jest coś takiego w twarzy osoby czytającej książkę, co przykuwa uwagę, przynajmniej moją, także osoby czytającej. Spokój, rysy jakby wygładzone, świeżość i naturalność. Gdy oddajemy się w całości lekturze, opadają wszystkie maski, za którymi skrywamy swoją prawdziwą twarz. Wydaje się być wtedy bezbronna, autentyczna, odrobinę młodsza, jak podczas snu. Bije z niej blask i swoiste piękno. Obserwując twarz czytającej osoby, przemykające po niej cienie treści trzymanej w ręce lektury, staram się zgadnąć, o czym jest ta książka.

Lubię czytać w miejscach publicznych, choć nie zawsze mi się to udaje. Czasami otoczenie nie sprzyja skupieniu, na przykład jak rok temu, gdy latem zrobiłem sobie literacki piknik nad Odrą, gdzie wszelkiego rodzaju robactwo pełzające i fruwające skutecznie odwracało moją uwagę od książki. Bywa natomiast, że świetnie mi się czyta na ławce w Rynku, na Placu Solnym, czy gdzieś w parku, w miejscach gwarnych i ludnych. Pewnego razu, dobrych kilka lat temu, zarezerwowałem w pubie stolik na urodzinową imprezę. Warunkiem utrzymana rezerwacji było pojawienie się najpóźniej o konkretnej godzinie. Nikt ze znajomych nie mógł być o czasie, więc dłuższą chwilę siedziałem sam, sącząc piwo, pochłonięty pierwszym tomem Pana Lodowego Ogrodu. Knajpiany rejwach dobiegał do mnie, rejestrowałem go, ale jako coś, co jest obok i mnie nie dotyczy. Nieważkość najlepiej opisuje to uczucie, czasowego wycięcia z rzeczywistości i jednoczesnej świadomość jej istnienia.

Nie lubię czytelni naukowych. W szczególności dwóch. Tej w starym budynku Biblioteki Uniwersyteckiej przy ulicy Szajnochy, i tej w Ossolineum. Cisza, która jest mi bardzo bliska, w takich miejscach jest zbyt natarczywa. Panuje tam ciężka atmosfera, dorównująca masą zabytkowym biurkom z czytelni głównej BUWr, które zawsze, nie wiedzieć czemu nie zachęcają do tego, by przy nich usiąść. W Ossolineum zaś, przy każdych odwiedzinach podejrzliwe spojrzenia ochrony i obsługi sprawiały, że czułem się jak złoczyńca, planujący dokonać na terenie biblioteki jakiejś paskudnej zbrodni, wymierzonej w intelektualny dorobek zgromadzony w tym przybytku. Zawsze wydaje mi się, że za najdrobniejszy nawet szelest czy skrzypnięcie, zostanę surowo ukarany, a na pewno napiętnowany oburzonym spojrzeniem czytelników i bibliotekarzy. Tam też nikt nie czyta dla przyjemności, a jeśli się mylę, to przepraszam. I to widać po poważnych, obojętnych minach, zmarszczonych czołach czy przekrwionych oczach. Jest jeden wyjątek, który jednak potwierdza regułę, że naukowe czytelnie są potrzebne, ale niechętnie je odwiedzam. To czytelnia w bibliotece Katedry Judaistyki UWr, która przypomina bardziej salonik literacki w jakiejś kawiarni. Byłem tam tylko raz, na chwilę, ale chętnie zostałbym na dłużej.

Lubię, nawet bardzo, i identyfikuję się z nim, znany cytat z Wisławy Szymborskiej: Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła. Od siebie dodam, że to także najcenniejsza umiejętność, jaką w życiu zdobyłem. Czytanie wzbogaca wiedzę, poszerza słownictwo, obniża ciśnienie krwi, faktycznie jest świetną zabawą, ale też jest darem, bez którego dzisiaj nie moglibyśmy już funkcjonować. Wyobraź sobie, że nie potrafisz czytać i wybierasz się na zakupy do Lidla. Rozmieszczenie konkretnych działów pamiętasz zapewne z poprzednich wizyt, więc kierujesz się śmiało ku lodówkom. I tu pojawia się problem. Jak odróżnić od siebie ryby i wybrać tę, która najbardziej smakuje? Czy to gotowe danie jest wegańskie? A ten ser, czy przypadkiem nie wpłynie na wzrost cholesterolu? Gdzie u diabła jest mleko owsiane? I ile to wszystko kosztuje? Prosisz o pomoc pracownicę sklepu, która akurat ma bardzo zły dzień, albo ciebie nie lubi, bo pamięta wyrządzoną przez ciebie przykrość trzydzieści lat temu w zerówce…

Spróbuj skręcić meble z Ikea bez instrukcji, upiec sernik według babcinego przepisu, właściwie dawkować przepisane leki, iść na wybory tylko z wiedzą o kandydatach, którą przekazała ci sąsiadka, czy znaleźć na YouTube tutorial o wiązaniu krawata. Skoro nie potrafisz czytać, nie umiesz też pisać. Niby wszystko to mogą ci opowiedzieć życzliwi ludzie, ale w końcu pamięć zacznie nieco szwankować, szybciej niż myślisz, skoro nie ćwiczyłeś jej, czytając, i przydałoby się to i owo utrwalić. Jakimś ratunkiem może być dyktafon czy google asystent, pod warunkiem, że potrafisz prawidłowo zbudować przekazywaną mu komendę. Słysząc jednak, jak wysławiają się dziś młodzi ludzie, obserwując, jak nie radzą sobie ze znalezieniem materiałów do pracy magisterskiej, nawet nie starając się spróbować, można mieć wątpliwość co do tego, czy im się to uda. Czytanie, oraz pisanie, to podstawa, to narzędzie, które daje nam więcej swobody i wolności, niż nam się wydaje.

(Visited 180 times, 1 visits today)

2 osoby skomentowały “Kilka myśli na temat czytania

  1. Ciekawe spostrzeżenia. Zdolność czytania wydaje się tak oczywista, że człowiek nawet nie myśli jak często ją wykorzystuje. I że nie jest wrodzona. Do tego opis czytelni naukowych. W czasie gdy z nich korzystałam, strach przed zrobieniem najmniejszego hałasu wręcz nie powalał mi się skupić. A po to tam jeździłam. Również lubię czytać w miejscach publicznych. Z powodu tego niezwykłego uczucia przebywania w dwóch światach jednocześnie. 😊 Pozdrawiam

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.