Książka vs film – „Saga rodu Forsyte’ów”

Zastanawiacie się czasem co wybrać, książkę czy film? Jeśli czytacie te słowa, to odpowiedź jest oczywista. Książka. Bywa jednak tak, że lektura jest tak pasjonująca i urzekająca, iż chce się trwać i trwać w tej historii w nieskończoność. Czasu na ponowne czytanie zazwyczaj brak. Pozostaje zatem wersja filmowa. I tu pojawia się pytanie czy warto ryzykować zepsuciem przyjemności, jaką często serwują nam ekranizacje? Postaram się wam na to pytanie odpowiedzieć.

O tej fantastycznej powieści rzece już kiedyś pisałem. Opowieść o mieszczańskiej rodzinie, bardzo bogatej przemysłowej elicie, mającej ambicje bycia arystokracją. Protoplasta rodu zaczynał od niczego, by kilka pokoleń później jego wnuki i prawnuki mogły żyć na odpowiednim, dostatnim poziomie. Niesamowite studium rodziny. Pod lupę trafiły tu typowo rodzinne sytuacje, przyjaźnie, bezinteresowna miłość, sprzeczki i wielkie zatargi, z których rodzą się tragedie. Równie dobrze rodzina Forsyte’ów mogłaby być zastąpiona przez krewnych każdego z nas. Wielkimi zaletami powieści są styl i język jakimi Galsworthy snuje swoją historię. Autor stworzył wiele nietuzinkowych postaci, jak chociażby Soames i jego siostra Winifreda. Wśród całej masy bohaterów, każdy znajdzie dla siebie kogoś, z kim może się utożsamiać, komu będzie kibicować, współczuć czy nienawidzić. Emocje te jednak nie towarzyszą czytelnikowi od początku do końca. Tak jak w prawdziwym życiu, tak i w powieści członkowie rodziny Forsyte’ów z biegiem lat zmieniają się. Ci budzący sympatię zaczynają irytować, a „źli” stają się wręcz naszymi przyjaciółmi. To również wspaniałe studium epoki, ba, nawet kilku. Nie znajduję w tych książkach żadnych słabych stron

Cykl powieściowy doczekał się kilku ekranizacji, aczkolwiek tylko dwie są naprawdę bliskie papierowemu pierwowzorowi. Są to seriale. Pierwszy z 1967 roku, oraz drugi z 2002 roku. Starsza produkcja, zamykająca się w dwudziestu kilku odcinkach obejmuje niemal całą historię rodziny, poczynając od wydarzeń które w głównym cyklu są tylko wspominane, i kończąc w latach 20-ych, 30-ych XX wieku. Twórcom serialu, zarówno scenarzystom jak i reżyserowi udało się dokonać tego,  czego wielu innych filmowców, przenoszących literaturę na ekrany nie jest w stanie osiągnąć, oddać klimat i atmosferę książki. Z pewnością jest to też zasługa wieku. Serial ma już kilka dekad na karku, i ta odrobina patyny, w połączeniu z odmienną od dzisiejszej grą aktorską i czarno białym obrazem, dodają produkcji wiele uroku. Wielkim atutem tego serialu jest obecność w obsadzie młodego Michaela Yorka, jako Jolyona ‚Jolly’ Forsyte.

Drugi z seriali jest trochę okrojony fabularnie. Bajecznie kolorowy, nie zachwyca ani scenografią, ani grą aktorską. Ma się wrażenie że to jeszcze nie właściwy serial, tylko próby, dodatek do wersji DVD „Making Off”. Jedynie Damian Lewis jako Soames wyróżnia się spośród całej gamy aktorów.

W starciu książka vs ekranizacja, powieść Johna Galsworthyego remisuje z serialem z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, i kładzie na łopatki już w pierwszej minucie świeższą produkcję.


(Visited 61 times, 1 visits today)