Nina George

Księga snów

Księga snów jest ostatnią częścią trylogii, w której autorka porusza tematykę wieczności. Tak czytamy w posłowiu do Księgi. Dziwnie trochę zaczynać przygodę z pisarzem od powieści zamykającej cykl, ale jest on nietypowy. Każda z trzech książek opowiadana inną historię, bohaterami są inni ludzie, nie powiązani w żaden sposób ze sobą, i dzięki temu można je czytać w dowolnej kolejności. Księga snów uznawana jest za najlepszą w dotychczasowym dorobku Niny George. Czemu zatem nie przeczytać najpierw tej najlepszej?

Z tematyką wieczności wiąże się oczywiście śmierć i życie. O tym opowiada Księga snów. Pisząc o niej, nie sposób nie wspomnieć choć odrobinę o fabule. Bohaterami powieści są czterdziesto paroletni dziennikarz Henri, jego była kochanka Eddie, i jego trzynastoletni syn Sam. Henri nigdy nie widział chłopca, choć wiedział o jego istnieniu. Pewnego dnia otrzymuje od niego maila z zaproszeniem na dzień ojca i syna w szkole chłopca. Mężczyzna z radością udaje się na to spotkanie, ale nie dociera na miejsce. Po drodze ratuje topiącą się dziewczynkę, a chwilę potem ulega groźnemu wypadkowi, na skutek którego doznaje uszkodzenia mózgu i licznych złamań. Trafia do szpitala, zapada w śpiączkę, i w takim stanie po raz pierwszy widzi go Sam. Okazuje się również że Henri wskazał Eddie jako osobę odpowiedzialną za jego leczenie. Tak rozpoczyna się ta historia, i jak można się spodziewać, gro akcji rozgrywa się na szpitalnych korytarzach, przy łóżkach umierających.

George przydzieliła rolę narratorów trojgu głównym bohaterom. Można się zastanawiać nad tym, czy to słuszny zabieg, czy nie ciekawiej by było ukazać bieg wydarzeń oczami tylko jednego z nich, na przykład Henriego, albo Sama, tylko po co? Księga snów, choć zapowiadało się inaczej, nie należy do wybitnych powieści. To bardzo dobrze wymyślona bajka, napisana ku pokrzepieniu serc czytelników, ale i samej autorki, ale też tylko bajka, która z rzeczywistością ma wspólnego niewiele.

Jak wielki to koszmar, gdy ktoś z bliskich zapada w śpiączkę, a jego stan  z godziny na godzinę pogarsza się, gdy nie ma kontaktu z chorym, albo przeciwnie, gdy są jego jakieś zalążki, a ty nawet nie wiesz na ile jest świadom by czuć ból, rozeznać się w swoim położeniu, wie tylko ktoś kto tego doświadczył. Potwierdzeniem tego niech będą moje łzy, kapiące na klawiaturę podczas pisania, w niespełna rok po tym, jak w taki właśnie sposób odszedł mój tata. Nina George, która kilka lat temu przeżyła niemal identyczną historię, idealnie odwzorowała wszelkie odcienie tego stanu. Ludzie zdrowi również zapadają w coś na kształt śpiączki. Towarzyszy temu nieustająca gonitwa myśli na przemian z umysłową i emocjonalną pustką, niepewność, strach, rozpacz, nieustanne napięcie, niemożność funkcjonowania w świecie na zewnątrz. W efekcie, po tym jak pacjent wróci do życia, albo odejdzie na zawsze, sami czujemy się jak martwi. Czas w którym wszystko inne, oprócz tej jednej osoby, było nieważne, pozostawia ogromne spustoszenia.

W pewnym momencie autorka robi jednak dość gwałtowny skręt w kierunku metafizyki, innych wymiarów i duchów. Nie wiemy, i być może nigdy się nie dowiemy, co się dzieje z człowiekiem w trakcie śpiączki. Gdzie przebywa wtedy jego umysł, a gdzie dusza. Czy słyszy i czuje otoczenie, nie mogąc tylko na nie zareagować. Dlatego trudno jest mieć za złe Ninie George jej wizje miejsca między światami, między śmiercią a życiem, kreacje bardzo przypominające sceny z „Między piekłem a niebem” Vincenta Warda.

Następnie robi się jeszcze bardziej filmowo. Sny śnione przez dwie osoby jednocześnie, spotkania w innym wymiarze, w podświadomości czy jeszcze gdzieś indziej, z osobami od miesięcy będącymi w śpiączce albo od lat martwymi, seks poza ciałem, różne warianty tego samego życia, zbyt mocno przypominają perypetie Joela Barisha w „Eternal Sunshine of the Spotless Mind” (polski tytuł „Zakochany bez pamięci”).

Świadome czy nie, wzorowanie się na dwóch, jakże różnych filmach, nie służy Księdze snów. To nie jest powieść która pomoże się otrząsnąć po tragicznych wydarzeniach. Po jej przeczytaniu nie będzie też łatwiej zrozumieć co się stało, ani tym bardziej z tym pogodzić. Nie znikną wyrzuty sumienia, żal, tęsknota. Pozostanie za to lekkie rozczarowanie. Wbrew temu co Nina George pisze w posłowiu, wcale nie przełamuje schematów, a wręcz przeciwnie, wpasowuje się w nie idealnie.

Wydawnictwo Otwarte, 2017