Herkus Kunčius

Litwin w Wilnie

Jest rok 2009. Właśnie mija dwadzieścia lat od odzyskania przez Litwę niepodległości. Do Wilna, na przypadające co pięć lat Święto Pieśni, wyrusza reprezentacja Kalwarii. Tancerze i śpiewacy, a wśród nich Napoleon Szeputis, szkolny woźny. Dla Napoleona występ podczas święta to tylko pretekst, by odwiedzić stolicę po raz pierwszy od dwudziestu lat, i przekonać się na własne oczy co się zmieniło. W Wilnie, z nie jasnych powodów, trafia do szpitala psychiatrycznego, który udaje mu się opuścić. Pozostaje jednak w szpitalnej koszuli i w tym stroju przemierza miasto, które nie do końca odpowiada jego wyobrażeniom. Podczas swojej wędrówki spotyka różne, dziwne indywidua.

Napoleonowi towarzyszą też narodowe mity i wspomnienia z przeszłości, które nieustannie zaprzątają jego głowę. To właśnie w zestawieniu z nimi weryfikuje litewską rzeczywistość po dwóch dekadach wolności. Jest ona barwna, aczkolwiek raczej daleka od spokojnego dobrobytu, bardzo zbliżona do tego, co możemy zaobserwować na własnym podwórku. Przemierzając ulice miasta, Napoleon spotyka różne typy patriotów, ale nie znajduje żadnego prawdziwego Litwina.

Można to rozumieć dwojako. Pierwsza interpretacja, jaka się nasuwa, to kompletnie nierealne wyobrażenia bohatera na temat tego, jaki powinien być ten stuprocentowy Litwin. Jego definicja rodaka, w której trudno się zmieścić. Przy tym Szeputis jest daleki od dzielenia ludzi na lepszych i gorszych, czego nie można powiedzieć o pozostałych bohaterach powieści. Już jedna z pierwszych scen, gdy w autokarze dochodzi do sprzeczki między nim a jedną z pasażerek, pokazuje, jak bardzo nasi sąsiedzi są do nas podobni.

Ów brak prawdziwego Litwin można też odbierać w takim znaczeniu, że dwadzieścia lat wolności i samostanowienia bardzo rozleniwiły litewski naród. Będąc zniewolonymi, na siłę wcielonymi do innego, większego narodu, potrafili się zmobilizować, zjednoczyć i walczyć o swoją państwowość. Gdy jednak znika zagrożenie, każdy patrzy w swoją stronę, uznając ją za jedynie słuszną. I tutaj znów wyraźne jest podobieństwo do Polaków, ale też chyba wszystkich narodów świata. Wiadomo, jak trwoga to do Boga.

Litwin w Wilnie jest dziwną książką. Oniryczną, miejscami niepokojącą jak sen, który nie przeraża, ale po przebudzeniu pozostawia nas z dziwnym uczuciem nierealności. Nie ułatwia to lektury książki, a już na pewno sprawia, że trudno jest się wczuć w fabułę i podążać za bohaterem. Poczucie zagubienia, które staje się udziałem także Napoleona, potęgują liczne odniesienia do narodowo – mesjanistycznej oprawy powieści, a także nawiązań do religii, często bliskiej nerwicy eklezjogennej. Porównania do prozy Franza Kafki i Abe Kobo narzucają się same.

Powieść rozliczeniowa, podsumowująca dwie dekady niepodległości Litwy, mimo nie do końca strawnej oniryczności i kuriozalnych niekiedy zabiegów stylistycznych, jest ciekawym literackim zjawiskiem. Niestety nie dla wszystkich. Litwin w Wilnie wymaga od czytelnika maksimum skupienia i chociaż znikomej wiedzy na temat historii Litwy, równie długiej co nasza. Bez tego Litwin w Wilnie będzie książką, którą się przeczyta, ale nie pozostawi ona wyraźnych śladów w pamięci.

Kolegium Europy Wschodniej, 2014

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:

 


(Visited 60 times, 1 visits today)