Łukasz Długowski

Mikrowyprawy w wielkim mieście

Od literatury podróżniczej, bez względu na to czy opowiada ona o dalekich wyprawach na koniec świata, czy też o błyskawicznych wypadach za miasto, czytelnik oczekuje że zostanie porwany, że chociaż duchem znajdzie się w opisywanych miejscach. Obowiązkowo w takiej książce powinny znaleźć się zdjęcia, nie koniecznie zapierające dech w piersiach, ale przykuwające uwagę. Czegoś takiego właśnie spodziewałem się po Mikrowyprawach w wielkim mieście.

Kocham podróże. I te dalekie i te bliskie. Niestety praca, oraz zarobki nie pozwalają mi ruszać się z mojego wielkiego miasta zbyt często. Książka Łukasza Długowskiego miała być dla mnie odskocznią od codzienności i literatury pięknej. Miałem też nadzieję na kilka podpowiedzi, gdzie mogę się wybrać na wycieczkę w swojej okolicy. Jak niemal każdy wiem o swoich rodzinnych stronach mniej niż przyjezdni. Niestety spotkał mnie spory zawód. Czuję się wręcz oszukany.

Zacznijmy jednak od początku. Książka jest bardzo nierówna. Są w niej długie fragmenty, które zwyczajnie nudzą i odstraszają. Do lektury zniechęcić się można już na samym jej początku. Przydługawy wstęp, rozciągnięty na kilka rozdzialików, męczy swoją oczywistością i lekkim korporacyjnym bełkotem. Pojawiające się co kilka stron zwroty „nie bój się, przełam swój lęk”, „możesz wszystko jeśli tylko zechcesz” lub „zrealizuj swoje marzenia” przypominają formułki chętnie wykorzystywane przez różnego rodzaju trenerów podczas korporacyjnego prania mózgów, szumnie nazywanego szkoleniami. Autor zasypuje też czytelnika lawiną informacji i porad, które dla czytelnika choć odrobinę obytego z pieszymi wędrówkami są oczywiste. Plus za przyznanie się Łukasza do tego iż ma słabość do kupowania drogich i markowych sprzętów, z czym stara się walczyć. Chyba jednak bez skutecznie, gdyż na jednym ze zdjęć występuje w markowej odzieży z logo partnera strategicznego. Cóż, zareklamować trzeba było, ale kłóci się to z tym o czym autor pisze. Jego podejście do życia i wypraw jest też mało praktyczne, i trudne do zrealizowania w polskich warunkach. Długowski opisuje wyprawy które trwają od kilku godzin, do kilku dni. Wspomina iż każdy może się na coś takiego porwać, wcześniej odpowiednio zaplanowawszy czas jaki nam pozostał po 8 godzinach pracy. Autor najwyraźniej nie orientuje się jak wygląda polska rzeczywistość pracy, kiedy to spędza się w niej często więcej niż te przepisowe osiem godzi, pracuje się na różne zmiany, albo na dwóch etatach by spłacić kredyt na mieszkanie. Łukasz kilkakrotnie wspomina o swoim synku. W przypadku posiadania dzieci zachęca do tego by na czas wyprawy potomstwo podrzucić do znajomych, krewnych lub dziadków, ewentualnie pozostawić pod opieką matki, jak gdyby nie było jej już i tak ciężko godzić życie zawodowe z wychowywaniem dzieci. Łatwo mu o tym tak lekko pisać, gdyż sam wciąż pozostaje kawalerem, o czym sam wspomina. Jego dziecko najczęściej przebywa za pewne z matką. Autor nie wziął też pod uwagę faktu, iż wielu młodych ludzi mieszka daleko od swoich rodzinnych stron i dziadków, nie koniecznie chętnych do podjęcia się całkowitej opieki nad wnukami. Kolejna wątpliwość dotyczy finansów. Mikrowyprawy faktycznie są dużo tańsze od wielkich, zagranicznych ekspedycji, ale przy zarobkach 1500 – 1900 brutto i kosztach wynajmu mieszkania w dużych miastach, 100 – 200 zł za kilka godzin czy też dwa dni, to dla przeciętnego Polaka spora suma. Przy tym część opisywanych wypraw kosztowała znacznie więcej. Kiepsko, biorąc pod uwagę że na ostatnim Równoleżniku Zero oglądałem prezentację z wyprawy na Bałkany, gdzie młody podróżnik dotarł za niecałe 50 zł.

Same wyprawy i ich opisy są dosyć rozczarowujące. Autor wziął na siebie bardzo trudne zadanie. O mikrowyprawach bowiem nie da się napisać dziesiątek czy setek stron. Aby w kilkunastu zdaniach ciekawie opisać taką wyprawę, zawrzeć w tekście najważniejsze informacje, i zachwycić czytającego na tyle by sam postanowił spróbować swoich sił, trzeba mieć naprawdę wielki talent i dobry warsztat. Łukaszowi zabrakło jednego i drugiego. Mało tego, Długowski mija się z prawdą, zapewniając że będą to tylko i wyłącznie wycieczki po Polsce, tymczasem przy tych najciekawszych, jak na przykład spanie we własnoręcznie wykopanej śnieżnej jamie, zabiera nas do Skandynawii, tłumacząc się że w Polsce nie było warunków. Sorry, taki mamy ostatnimi czasy klimat, i warunki ku temu będą raczej rzadkością. Jedna z wypraw, w której Łukasz proponuje wybrać się rowerem do pracy, poza tym że nie jest żadnym odkryciem Ameryki, w takim wykonaniu jest zwyczajnie głupia i niemal niemożliwa do zrealizowania. Z Łodzi do  Warszawy rowerem? Tak, ale nie w drodze do lub z pracy. To dystans na minimum dwa dni. Któż może sobie pozwolić na taką drogę do pracy? No i w jaki sposób? Kończąc pracę w piątek, wróciwszy do domu w Łodzi, należałoby natychmiast ruszyć z powrotem, by zdążyć na poniedziałek. Ewentualnie przetransportować wcześniej rower do biura i nim wrócić, ale jaki w tym sens i przyjemność, nie wiem.

Na krytykę zasługuje również część fotograficzna. W Mikrowyprawach nie znalazłem ani jednego zdjęcia, które wzbudziłoby jakieś emocje. Dokumentacja fotograficzna wypraw autora przedstawia najczęściej jego samego, z krzywym grymasem na twarzy, ewentualnie bez wyrazu. Te fotografie, które przedstawiają widoki, również nie zachwycają. Wielka szkoda, bo przecież mamy w Polsce miejsca i krajobrazy, które dosłownie powalają na kolana. Przeglądanie zamieszczonych w książce zdjęć przypomina oglądanie średnio atrakcyjnego profilu na Instagramie.

Najciekawsze w Mikrowyprawach są wywiady. Jest ich kilka, i można z nich dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, także o sobie samym. Jest ich jednak zbyt mało, by uratować tę książkę. Jeśli ktoś spodziewał się że odmieni jego życie, będzie zawiedziony. Niektórzy mogą znaleźć w Mikrowyprawach inspirację dla spędzania wolnego czasu, raczej jako impuls do tego by sprawdzić co ciekawego można robić w okolicach zamieszkania.


(Visited 90 times, 1 visits today)