Robert McCammon

Magiczne lata

Powieść Roberta McCammona jest jedną z tych, które wymykają się wszelkiej klasyfikacji. Nie da się jej przypiąć jednoznacznej łatki. Jest po trochu kryminałem, powieścią obyczajową, ale i fantastyki tu nie brakuje. W Magicznych latach znajdziemy elementy Zabić drozda Harper Lee, trochę z prozy Johna Irvinga i wielu innych, ważnych amerykańskich pisarzy, a nawet co nieco z Pinokio Carlo Collodi.

Magiczne lata to pieśń pochwalna na cześć dzieciństwa i małomiasteczkowej, tak bardzo niedzisiejszej, kultury amerykańskiej. Z perspektywy czasu wielu z nas może powiedzieć, że jego dzieciństwo było niezwykłe i magiczne. Szczenięce lata Coryego, głównego bohatera McCammona, były jednak prawdziwie magiczne. Był nie tylko światkiem popełnienia zbrodni, ale rozwiązał jej zagadkę i uczestniczył w wydarzeniach, których istotę trudno byłoby wyjaśnić. Tę niemal baśniową atmosferę, ekscytację i fascynację kolejnym dniem, następnym zakrętem na ścieżce, niczym nieskrępowaną radość życia i poznawania świata, czuć niemal w każdym zdaniu. Przed oczami stają sceny z własnego dzieciństwa i za sprawą lekkiej, bardzo przystępnie prowadzonej narracji, można na chwilę przenieść się do tamtych czasów.

Nie jest to jednak powieść sielankowa. Zarówno Cory, jak i jego przyjaciele, wraz z mijającym czasem, powoli tracą tę dziecięcą magię. W ich przypadku jest to proces mocno przyspieszony i zaledwie w niecały rok znika ona gdzieś bezpowrotnie, wraz ze śmiercią jednego z nich, i potwornym odkryciem, jakiego Cory dokonuje wśród mieszkańców Zephyr. Nieświadom dotąd tego, co dzieje się poza granicami miasteczka, chłopiec nagle zdaje sobie sprawę z tego, że świat nie jest taki idealny, jak mu się wydawało. Jest pełen mroku i zła, które walczą o przewagę z tymi jasnymi i dobrymi aspektami życia. Okazuje się też, i to jest dla niego chyba największym szokiem, że także jego rodzina i on sam, nie są nietykalni, i ich również mogą spotkać nieszczęścia.

Czytając Magiczne lata, w którymś momencie wzdychamy z niedowierzaniem. I wcale nie dlatego, że bohaterom powieści przytrafiają się tak niezwykłe rzeczy, wykraczające daleko poza granice magicznego świata dzieciństwa. Powodem tego westchnienia jest ilość tych wydarzeń. Niewielkie miasteczko Zephyr jest niczym Sandomierz z Ojca Mateusza. W ciągu roku nawiedza je powódź, plaga os, spada meteoryt, dochodzi do strzelaniny z udziałem szeryfa i przestępców, niczym na dzikim zachodzie, zabójstwo, porwanie i tak można by wymieniać i wymieniać. Trochę za dużo jak na jedną mieścinę. Jaki rodzic pozwoliłby swojemu dziecku włóczyć się samopas, po tym, jak z trudem uciekło przestępcom goniącym je przez las, z ewidentnie złymi intencjami? Magiczne lata tracą dzięki temu na wiarygodności.

Cory, jego przyjaciele i sąsiedzi mają faktycznie trochę za dużo przygód, i główny wątek tajemniczego morderstwa rozmywa się w tym natłoku wydarzeń. Każda z tych przygód jest świetnie wymyślona i napisana. Śmiało mogłyby tworzyć odrębne historie, zwłaszcza że niektóre, jak wątek szaleńca, syna najbogatszego człowieka w mieście, biegającego nago po ulicach, zupełnie do pozostałych nie pasują. To jednak nie powinno zniechęcać nikogo do lektury. Magiczne lata nawet w takiej postaci, to świetna, wciągająca lektura, przy której można się wzruszyć, pośmiać, jak i poczuć dreszczyk adrenaliny.

Papierowy Księżyc, 2012


(Visited 55 times, 1 visits today)