Louisa May Alcott

Małe Kobietki

Trudno jest pisać o powieści takiej jak Małe kobietki. Wydana po raz pierwszy sto pięćdziesiąt lat temu, skierowana raczej do czytelniczek niż czytelników i to w dość specyficznym wieku kilkunastu lat. Trzeba pamiętać też o tym, iż Stany Zjednoczone były w tamtych czasach bardzo pruderyjne. Skostniałość i konserwatyzm były dużo silniejsze niż na starym kontynencie, o czym świadczą, chociażby powieści Edith Wharton, czy inne utwory literackie, których akcja toczy się w dziewiętnastowiecznej Ameryce.

Powieści takie są mocno nie dzisiejsze, przez co opowiadane w nich historie wydają się sztuczne, nieprawdziwe, mało realistyczne. Takie też są Małe Kobietki Louisy May Alcott. Opowieść o czterech siostrach March przedstawia jednak świat taki, w jakim żyli ludzie z klasy społecznej reprezentowanej przez autorkę. Taki go widziała i nie mogła opisać go inaczej.

Nie znajdziemy tu wielkich dramatów i porywów serca, do czego twórcy ekranizacji z lat dziewięćdziesiątych usilnie dążyli. Meg, Joe, Beth i Amy wiodą zwyczajne, jak im się wydaje nudne i nieszczęśliwe, życie. Pracują, uczą się, bawią. Każda z dziewcząt jest inna. Ich charaktery tworzą wybuchową mieszankę. Mimo tych różnic są ze sobą bardzo blisko. Łączą je nie tylko rodzinne więzi i wspólne problemy, ale przede wszystkim miłość i przyjaźń. I to jest w Małych Kobietkach najpiękniejsze.

Autorka nie wykorzystała jednak w pełni potencjału swoich bohaterek. Tak odmienne charaktery, życiowe postawy i oczekiwania co do przyszłości powinny zaowocować prawdziwie szalonymi przygodami. Siostry March są jednak zbyt grzeczne, chwilami nawet nudne, i jedyne bardziej emocjonujące fragmenty to na przykład sprzeczka podczas gry w krykieta, kłótnie z sąsiadem, czy wreszcie finał powieści, w którym Beth o mały włos nie wydaje ostatniego tchnienia zmożona chorobą.

Tu znów odzywa się ówczesna obyczajowość i rola kobiety w społeczeństwie. Choć Małe Kobietki były postępową powieścią jak na tamte czasy, to pewne niuanse pokazują, jak sama Pani Alcott była przesiąknięta tym sposobem myślenia, lub też jak próbowała przypodobać się wydawcom. Gdy Pani March mówi, że posyłając męża na wojnę, oddała krajowi to, co miała najcenniejszego, żadna z córek nie zaprotestowała ani wtedy, ani później. Tylko Joe buntuje się przeciwko schematyczności życia dziewiętnastowiecznej kobiety, czyli cnotliwej panienki, kochającej żony, dobrej gospodyni i opiekuńczej matki. A i to ledwie na pół gwizdka.

Spośród wszystkich bohaterów, nie chłopczyca Joe, nie zdziwaczała ciotka, nie surowa, mówiąca niepoprawną angielszczyzną gosposia, nie trochę straszny, ale dobrotliwy sąsiad, tylko ktoś spoza klanu Marchów jest najciekawszą postacią. Laurie, chłopak z sąsiedztwa, pełen zalet, ale też i wad, dzięki czemu jest najbardziej prawdziwy i żywy. Reszta bohaterów, również dzięki nadmiernemu i trochę natrętnemu moralizatorstwu, blednie przy nim. A nie powinno tak być, że w powieści pod tytułem Małe Kobietki najbardziej wyrazisty i zapadający w pamięć jest chłopiec, w dodatku postać drugoplanowa.

Wszelkie niedoskonałości Małych Kobietek wynikają jednak z ogromnej przepaści czasowej, obyczajowej i mentalnej, jaką stanowi te półtora wieku od wydania książki po dzisiaj. Powieść Louisy May Alcott to ważna pozycja w dziejach literatury i bardzo przyjemna, odstresowująca lektura.

Wydawnictwo MG


(Visited 121 times, 1 visits today)

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.