Opowiadanie

Marta Grochowska „Schody”

Obudził go przeszywający ból skroni. Przyłożył dłoń do głowy i poczuł lepką maź. Sięgnął ręką do kieszeni, żeby wyjąć chusteczki, ale okazało się, że nie tylko głowa ucierpiała. Każdy ruch powodował nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej. Leżał na ziemi z zaciśniętymi powiekami, próbując znaleźć pozycję, w której ból będzie najmniej dotkliwy. Ulgę poczuł dopiero po przekręceniu się z boku na plecy. Otworzył oczy. Na jego twarz padł strumień miękkiego światła. Wsparł się na łokciach i dostrzegł przed sobą strome schody. „To pewnie z nich spadłem”– pomyślał. Nagle usłyszał jakiś dźwięk. Był to odgłos kroków, który ucichł jednak tak szybko, jak się pojawił. Świadomość, że nie jest tu sam, dodała mu sił. Udało mu się wstać i podejść bliżej schodów. Uniósł głowę do góry i zorientował się, że jest na parterze klatki schodowej. Zapach wilgoci i chłód ścian podpowiedziały mu, że jest to najprawdopodobniej stara kamienica. Dostrzegł stojącą na ostatnim piętrze postać, wychylającą się za poręcz schodów i patrzącą wprost na niego.

– Jest tam ktoś? Pomocy! – zawołał.

Cisza. Kolejne nawoływania również pozostały bez odpowiedzi. Pokonał kilka stopni i znów uniósł wzrok ku górze. Nikogo już tam nie było. „Może jednak usłyszał i schodzi do mnie” – odetchnął z ulgą. Nic jednak na to nie wskazywało. Wszedł na pierwsze piętro i znów zaczął krzyczeć, licząc na to, że teraz będzie go lepiej słychać. Nic to nie dało. Martwa cisza zaczęła go irytować. Postanowił wejść na górę i wytłumaczyć temu dowcipnisiowi, że zabawa w chowanego jest w obecnej sytuacji wysoce niestosowna. Napędzany złością zapomniał o bólu. Zaczął biec, przeskakiwał po dwa stopnie na raz. Był już w połowie drogi, gdy potknął się i przewrócił, uderzając czołem o schody.

Minęło kilkanaście minut, zanim odzyskał przytomność. Otworzył oczy z nadzieją, że wybudza się właśnie z koszmarnego snu. Ale to nie był sen. Uświadomiła mu to strużka krwi spływająca z rozciętego czoła wprost do ust. Rozejrzał się wokół siebie. Leżał na parterze. Odruchowo spojrzał w górę i zobaczył tę samą postać co wcześniej. „Co za bezczelny typ” – pomyślał. „Stoi tam i tak po prostu się gapi.” Pomimo ogromnego bólu, który towarzyszył każdemu ruchowi, wstał i wbiegł na schody. Cały czas patrzył pod nogi, aby nie potknąć się i znowu czegoś sobie nie rozbić. Udało mu się pokonać większy odcinek, niż poprzednim razem. Był już na przedostatnim piętrze, gdy kątem oka dostrzegł, jak coś dużego przeleciało obok niego i z hukiem spadło na ziemię. Podbiegł do poręczy i spojrzał w dół. Przerażony tym, co ujrzał, cofnął się i przywarł do ściany. „To musi być sen. Przecież to niemożliwe. To nie może być prawda” – próbował podnieść na duchu samego siebie. Blady, oblany zimnym potem starał się pewnie podejść do poręczy, pomimo dygocących ze strachu kolan. Jeszcze raz spojrzał na leżące na parterze ciało. To nie był sen. Zobaczył tam… siebie. Leżał powykręcany, z otwartymi oczami. Ten widok przyprawił go o mdłości. Tym razem nie musiał potykać się, by stracić przytomność – zemdlał ze strachu.

Obudził się. Bał się otworzyć oczy i ujrzeć własne ciało. Wiedział, że nie może tak leżeć, bo jest zdany tylko na siebie, nawet jeśli traci powoli zmysły. Wziął parę głębszych oddechów i podniósł powieki. Rozejrzał się, ale ciała nigdzie nie było. Spojrzał w górę. Znów tam stała. Ta postać patrząca na niego i trwająca w bezruchu.

– To ty mnie zrzuciłeś?! Zaraz cię dorwę! – krzyczał, nie zdając sobie sprawy z absurdalności własnych słów.

Dokładnie to przemyślał. Szedł bardzo powoli, zaciskając zęby z bólu. Zdawał sobie sprawę z tego, że jeden nieostrożny ruch równa się powrotowi na parter. Kolejnego upadku może już nie przeżyć. Starał się zapomnieć o tym, co wcześniej widział. Na samą myśl o swoim połamanym ciele, robiło mu się niedobrze. Dla pewności podszedł do poręczy i spojrzał w dół. Pusto. Zerknął do góry. Postać wciąż tam stała.

– Czekaj tam, dopadnę cię gnojku! – krzyknął.

Pokonał ostatnie stopnie i w końcu dotarł na ostatnie piętro. Tajemnicza postać nawet nie drgnęła. Stała tam, oparta o poręcz i wypatrująca czegoś na dole.

– Na co tak się gapisz? – zapytał.

Postać nawet na niego nie spojrzała. Przełożyła nogi przez poręcz i skoczyła. Nie zdążył zareagować. Przełknął głośno ślinę i podbiegł do barierki. Na parterze leżał… on sam. Co tu się dzieje, do cholery? – zaklął w myślach. Nie wiedział, co robić. Jedyne, co przyszło mu w tej chwili do głowy i co w tej sytuacji wydawało mu się najrozsądniejsze, to czekać, aż on sam wejdzie na górę. „Przecież nie zrzucę samego siebie ze schodów” – zaśmiał się pod nosem, choć chciało mu się płakać. Czekał prawie godzinę, ale ciało wciąż leżało bezwładnie na parterze. Może to już zwłoki? Może ja już nie żyję? – pomyślał, nie zważając na niedorzeczność swoich rozważań. Nagle zaświtała mu w głowie pewna myśl. Jedynym wyjściem jest powstrzymanie samego siebie przed wejściem na schody. Tylko tak może przerwać to błędne koło. Zaczął powoli schodzić na dół i widząc, że… właśnie. Kim właściwie jest ta postać? Jego sobowtórem? Piekielnym złudzeniem? To jest teraz nieistotne. Najważniejsze, żeby „to” powstrzymać, czymkolwiek to jest. Przyspieszył kroku. Zostało mu już tylko kilka stopni. Poślizgnął się na plamie własnej krwi. Zdążył tylko głośno krzyknąć:

– Nieee!

Zdziwiony tym, że jeszcze żyje, otworzył oczy. Tym razem leżał jednak w innej pozycji, niż wcześniej. Spojrzał w lewo, w prawo, ciała nigdzie nie było. Zerknął w górę. Pusto. Pod głową poczuł zimny marmur ostatniego stopnia schodów. „Najwyraźniej upadłem na plecy” – pomyślał. Uniósł się lekko na łokciach i spojrzał przed siebie. Zaczął się śmiać, a śmiech powoli przechodził w histeryczny płacz. Potrzebował kilku minut, żeby się uspokoić. Wstał bez najmniejszego trudu. Nic go nie bolało. Zauważył tylko kilka siniaków i zadrapań. Zrobił kilka kroków przed siebie i pchnął drewniane drzwi. Promienie słońca oświetliły jego twarz. Wyszedł na zewnątrz i wziął głęboki oddech. Odwrócił się, żeby jeszcze raz spojrzeć na ten przeklęty budynek. Nagle usłyszał za plecami zachrypnięty głos osiedlowego pijaczka:

– Panie, nie umiesz pan czytać? Życie ci człowieku niemiłe?

– O co panu… – zaczął mówić, ale zamilkł, gdy ujrzał tabliczkę z napisem:

GROZI ZAWALENIEM. WCHODZISZ NA WŁASNE RYZYKO!

 

 

 

Piszesz opowiadania, wiersze, eseje? Wyślij je do mnie (oczytany@oczytanyfacet.pl). Najlepsze z nich opublikuję na stronie, z oznaczeniem TWOJEGO autorstwa.


(Visited 25 times, 1 visits today)