FOTO: Jan Karásek https://www.novinky.cz

Poezja to wiatr, który chwyta się w dłonie – wywiad z Martinem Reinerem

Z czeskim pisarzem, autorem powieści  Lucynka, Macoszka i ja, oraz zbioru opowiadań Jeden na milion, rozmawiam o tym jak się pisze poezje, a jak prozę. Zastanawiamy się czy bycie pisarzem pomaga w pracy wydawniczej i na odwrót. Zapytałem też o to jak wygląda Miesiąc Spotkań Autorskich w jego ojczystym kraju, i jeszcze o kilka innych spraw.

Jako pisarz i wydawca, zna Pan rynek wydawniczy z obydwu stron. Czy z taką wiedzą łatwiej się tworzy?

Martin Reiner: Nie jestem typowym komercyjnym autorem, który pisze o aktualnych trendach i tematach. Wprawdzie wiem co nieco o tym, jak działa rynek książki, ale ta wiedza dla mnie jako autora nie jest w żaden sposób użyteczna.

Według oficjalnych badań Biblioteki Narodowej, w 2017 roku, minimum jedną książkę przeczytało niespełna 38% Polaków.  Jak wygląda czytelnictwo w Czechach?

Dokładne informacje w tym temacie zna były krytyk literacki, a obecnie jedyny czeski „czytelnikolog” – JiříTrávníček. Ja jako wydawca sądzę, że nie jest jeszcze tak źle, by wieszać buty na kołku.

We Wrocławiu, moim rodzinnym mieście, od kliku lat odbywa się  Miesiąc Spotkań Autorskich.  Miejscem spotkań jest Mediateka, jedna z filii Miejskiej Biblioteki Publicznej we Wrocławiu. Festiwal cieszy się sporym zainteresowaniem, i ma wielu oddanych fanów. O czeskiej i słowackiej edycji krążą legendy. Czy uczestniczył Pan w festiwalu? Jak to wygląda w rzeczywistości?

Wiele razy brałem udział w tej imprezie. Czytałem już w pierwszym roku istnienia festiwalu, chyba w 2000 roku, wtedy wszystko było organizowane na szybko i dość prowizorycznie. Od tamtego czasu brałem udział w czterech lub pięciu edycjach. Lubię ten festiwal, bo sprzyjają mu bogowie. Powiedziałbym, że nic z tego, co młodzi panowie z wydawnictwa Větrné mlýny stopniowo wymyślają, nie może się udać, ale ludzie wprost uwielbiają ten festiwal i dzięki temu on wciąż działa. Na moje czytanie przyszło sto sześćdziesiąt osób! A historie, również te niesamowite, rzeczywiście są nieodłączną częścią festiwalu… tak jak w przypadku każdego żywego organizmu.

Czy festiwale literackie mają jeszcze rację bytu? Od lat przegrywają w nierównej walce z wielkimi, muzycznymi imprezami, i alternatywnymi sposobami spędzania wolnego czasu.

Oczywiście, że mają sens, wspomniałem już o tym przed chwilą… Może nie chodzą na nie dziesiątki tysięcy widzów jak na kapele rockendrolowe, ale festiwale literackie mają swoją widownię. I jest to widownia ekskluzywna, są to ludzie, do których zwracam się jako wydawca i jako pisarz.

Jest jakiś sposób na dobrą, skuteczną promocję książek i czytelnictwa, inny niż łączenie targów książek ze sprzedażą przysłowiowego mydła i powidła, co dzieje się już podczas wrocławskich targów?

Mam pięćdziesiąt cztery lata, a w literaturze czeskiej zaczynałem, zarówno jako wydawca, jak również jako autor, na samym początku lat dziewięćdziesiątych. Co mogę myśleć o książkach, do których dołączany jest darmowy Red Bull?

Haruki Murakami, w swojej ostatniej autobiograficznej książce pisze o nagrodach literackich, twierdząc że są szkodliwe dla pisarza, zwłaszcza dla początkującego,  blokują go twórczo. Pan ma na swoim koncie sporo nagród.  Jak Pan to widzi?

Chyba rzeczywiście istotne jest, czy autor „zdobywa sławę” na początku swojej drogi, czy kiedy ma pięćdziesiąt i dziesięć wydanych książek. Nagrody literackie działają jak każdy inny szum medialny: nie mówią prawie nic o jakości książki, ale bez wątpienia przynoszą autorowi sławę, z której może korzystać według własnego uznania. Ja z tym zbytnio nie przesadzałem. 

Pisanie poezji i prozy to dwa różne rodzaje wrażliwości. Czy pisanie wierszy i powieści przychodzi samo z siebie, czy trzeba się jakoś przełączyć?

W zasadzie jestem skoncentrowany na pisaniu prozy. Co wymusza długi okres twórczy. Krótko mówiąc, proza się, że tak powiem, nie napisze sama. Natomiast poezja owszem. Poezja to wiatr, który chwyta się w dłonie. Oczywiście, kiedy uświadamiam sobie, że nałapałem tyle wiatru, że zaczynam unosić się nad ziemią, rozpoczynam pracę nad tomikiem… a wtedy wola przejawia się przynajmniej w tym, że czas, który w innym przypadku poświęciłbym na prozę, poświęcam na wiersze.    

Skąd czerpie Pan inspiracje? Gdzie szuka weny? A może należy Pan do tych pisarzy, którzy nie muszą jej szukać, gdyż sama do nich przychodzi, nieproszona?

Od dwunastu lat jestem pisarzem na pełen etat. A inspiracja pojawia się w przebłyskach. Zatem tym przebłyskom poświęcam dużo uwagi.

Jak zrodził się pomysł na Lucynka, Macoszka i ja?  Czy powieść od początku miała tak wyglądać, czy też wątek opieki nad dziewczynką i zaskakujący homoseksualizm głównego bohatera pojawiły się w trakcie pisania?

Lucynka, Macoszka i ja to powieść, która rodziła się podczas pisania… jak wszystkie moje prozy. Chciałbym być klasycznym prozaikiem, który wymyśla sobie temat, rozstawia rusztowanie… a potem codziennie pilnie pisze i wypełnia układankę. Lecz mnie wszystko objawia się w trakcie procesu twórczego. Jest to metoda skrajnie nieefektywna i niezwykle poetycka.

Lucynka, Macoszkai ja to powieść która zachwyca. Nie zapomnę pewnego letniego popołudnia, gdy siedziałem na wrocławskim rynku pochłonięty jej lekturą, aż nagle ocknąłem się niemal po ciemku. Tak bardzo obrazowa i sugestywna jest to proza, że aż chciałoby się sięgnąć po poezję Ivana Blatnego, ale w polskim tłumaczeniu to chyba niemożliwe. Jakich innych rodzimych autorów poleciłby Pan polskim czytelnikom?

Petra Stančíka, Emila Hakla, LudvíkaNěmca, jego syna Jana Němca, z pewnością niektóre książki Ireny Douskovej, starsze książki JiřígoKratochvila.

Dużo Pan czyta? Jaki rodzaj literatury najczęściej?

Myślę, że czytam dość dużo. Około sześćdziesięciu książek rocznie. Ale nie skupiam się na literaturze współczesnej. Z czeskiej literatury najnowszej znam autorów, których książki ukazują się w moim wydawnictwie. Z zagranicznej czytam „starych wyjadaczy”, jakimi bez wątpienia są Julian Barnes, IanMcEwan czy zmarły niedawno Philip Roth. Ale kiedy przeczyta Pan Skórę Malapartegolub Głód Hamsuna, stwierdzi Pan, że skarby tkwią w głębszych warstwach.

Jakich polskich autorów Pan kojarzy? Jest wśród nich ktoś, kogo ceni Pan szczególnie?

Zabrzmi to trochę głupio, ale odpowiem w duchu mojej poprzedniej odpowiedzi. Znam – i czytałem – Tuwima, Herberta, Miłosza, Różewicza, Zadurę… Jestem pewien, że polska i czeska literatura są sobie bliskie zarówno w dykcji, jak i w wyborze tematów. Są siostrami.

Kupuje Pan książki, czy korzysta z bibliotek?

Jedno i drugie. Ale więcej kupuję. Mam w domu biblioteczkę liczącą obecnie około czterech tysięcy dwustu książek.

Nad czym teraz Pan pracuje?

Wyjątkowo pracuję nad trzema tekstami jednocześnie. Jako pierwsza ukaże się księga „tajemna”, która prawdopodobnie trafi do czytelników już w październiku. Jesienią 2019 roku mógłby ukazać się mój kolejny tomik pod tytułem Magiczna cyfra dziewięć. A jednocześnie pracuję nad powieścią o roboczym tytule Rzym. Mam nadzieję, że któregoś dnia – z Bożą pomocą – ją dokończę, ale czeka mnie tam jeszcze mnóstwo pracy.

Dziękuję za rozmowę.

Również bardzo dziękuję.

 

Za umożliwienie przeprowadzenia wywiadu dziękuję:

tłumaczenie Mirosław Śmigielski, FOTO: Jan Karásek https://www.novinky.cz

(Visited 32 times, 1 visits today)