Matt Rudd

Anglicy. Przewodnik podglądacza

Chyba wszyscy słyszeli o typowo angielskim poczuciu humoru. Nieco upiornym, dosyć zgryźliwym, złośliwym, ale w granicach dobrych obyczajów, często absurdalnym i zaangażowanym. I nie, nie mam tu na myśli Benny Hilla, który był po prostu głupi i obleśny. Raczej Monty Python. Takiego spojrzenia na świat przez angielskie okulary, można szukać nie tylko w kinie i telewizji, ale również na półkach księgarń. Niedawno, nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, trafiła na nie książka angielskiego dziennikarza, Matta Rudda, Anglicy Przewodnik podglądacza.

Autor ładnych kilka lat spędził w pięknych okolicznościach przyrody, w miejscu gdzie zawsze jest ciepło, egzotycznie, a na dodatek zaskarbił sobie względy lokalnej piękności. O tym czytamy we wstępie, i już wiadomo że będzie to lektura smakowita jak angielskie bisquity. Ze wstępu dowiemy się też że Matt porzucił ten raj na ziemi, by powrócić do angielskiego piekiełka, za którym tęsknił.  Wiele lat później Matt postanowił przyjrzeć się z bliska swoim rodakom, i sprawdzić czy faktycznie są tak straszni, jak sami o sobie mówią. Zabiera czytelnika w półtoraroczną podróż po miastach, i miasteczkach, sklepach, elitarnych klubach golfowych, kurortach i podrzędnych wczasowych mieścinach, a także do angielskiego salonu, kuchni, i wreszcie, po długiej wędrówce, do sypialni.

Z kolejnymi rozdziałami Anglicy Przewodnik podglądacza początkowy entuzjazm niestety trochę słabnie. Matt Rud pisze w zabawnym, lekko uszczypliwym stylu, dokładnie takim, jakiego spodziewalibyśmy się po angielskim krytyku rzeczywistości. W brytyjskim angielskim jest coś takiego, co sprawia że gdy nawet przeklnie się siarczyście, to brzmi to pięknie,  i z klasą. I to też znajdziemy w tym niecodziennym przewodniku. Rudd pisze o Anglikach, ale i dla Anglików. Rzuca się to w oczy gdy wspomina o czymś, lub o kimś powszechnie znanym Anglikom, ale reszcie świata już nie, jak w przypadku sieci sklepów DSF, która nie jest raczej znana poza Wielka Brytanią. Tutaj pstryczek w stronę wydawnictwa. Kilkakrotnie pojawiają się przypisy redakcyjne, wyjaśniające to i owo, ale jest ich trochę zbyt mało. A to, nieznacznie, ale jednak, zaburza odbiór książki.

Czytając Anglicy Przewodnik podglądacza można odnieść wrażenie że Anglia, bo  tylko tej części Wielkiej Brytanii dotyczy, to nie tylko piekło, ale wręcz przeciwnie, raj na ziemi, w którym wszystkim, nawet tym słabiej uposażonym, żyje się spokojnie i wygodnie, a macosze traktowanie przez pogodę, to jeden z niewielu problemów, do których po prostu człowiek się przyzwyczaja. Jak wyglądała praca nad tą książką, nie wiemy. Być może autor dotarł do najodleglejszych i najpodlejszych zakątków kraju, ale efekt ostateczny świadczy o tym że temat potraktował po łebkach. Nocleg w podłym hoteliku, z libacją tuż za drzwiami, zakrapianą tanią wódką, to właściwie nic takiego. Nawet obserwacja doggersów, czyli ludzi uprawiających anonimowy seks w miejscach publicznych, a także tych którzy lubią obserwować jak robią to inni, to jeszcze z pewnością nie pełna skala współczesnej angielskości.

Czy warto przeczytać Anglików? Tak, ale nie spodziewajcie się po tej lekturze że lepiej zrozumiecie współczesnych Anglików, czy przeżyjecie oświecenie.  Zdarzy się że podczas czytania uśmiechniecie się pod nosem, a nawet zaśmiejecie w głos. Książka Matta Rudda miała być wspaniałą podróż w głąb duszy Anglika, ale okazała się być przyjemną, wycieczką objazdową zorganizowaną przez biuro turystyczne. Niby dużo się zobaczyło, ale nie było okazji poczuć się choć przez chwilę poddanym Królowej Elżbiety. Autor chciał udowodnić że nie ma Pani Bukietowej, ale przez samo podejście do tematu, pokazał nam że jednak jest. Tkwi gdzieś głęboko ukryta w każdym angliku.

 

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2017

 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję: