Między tekstami – rozmowa z Weroniką Gogolą

Co łączy Weronikę Gogolę i Miss Polonia? Czym są dupogodziny? Jaki prezent można otrzymać od Weroniki? Tego i nie tylko tego, dowiecie się z rozmowy z młodą pisarką, która szturmem zdobyła serca czytelników.

Oczytany Facet: Dotychczas dałaś się poznać miłośnikom literatury jako tłumaczka. Jakie to uczucie nagle znaleźć się po drugiej stronie, gdy się nie tłumaczy czyjegoś utworu, a samej tworzy się coś, co zapewne zostanie przetłumaczone?

Weronika Gogola: Praca nad moją książką trwała trzy lata, w związku z czym zbiegła się również z pracą tłumacza. Ale ja nie piszę książki z myślą o ewentualnym  tłumaczeniu jej:) To by był już egocentryzm najwyższych lotów. Zarówno tłumaczenie jak i pisanie wymaga pokory. I w jednym i w drugim przypadku staram się być uważna i czytam napisany tekst wielokrotnie. I w jednym i w drugim przypadku poskramiam Weronikę, tylko że poskramiam ją z różnych stron. W przypadku tłumaczenia trzymam ją w cuglach, żeby być jak najbliżej autora. W przypadku własnej książki podczas redakcji starałam się patrzeć na “Po trochu” jak okrutny recenzent i ciąć wszystko, co budziło moje wątpliwości.

OF: Co jest trudniejszym, bardziej wymagającym zajęciem, tłumaczenie, czy pisanie?

WG: Nie da się porównywać. W obu przypadkach operujesz słowem, ale system jest inny.  Oba przypadki to niesamowita przyjemność ale również pot i łzy. To ciężkie, wysiedziane dupogodziny, z których po jakimś czasie rodzi się coś pięknego i wtedy przychodzi szczęście i satysfakcja.

OF: Jeśli „Po trochu” ukaże się w innych językach, podejmiesz się tłumaczenia własnej prozy?

WG: Nie, nigdy. Nie jestem bilingwistą. Wolę to zostawić innym. Tłumaczyć mogę tylko do języka, który znam od podszewki. Nigdy odwrotnie. No, chyba że tłumaczę instrukcje obsługi albo rzeczy w ten deseń.

OF: „Po trochu” to opis dzieciństwa i okresu dojrzewania. Temat dosyć popularny, choć nie zawsze tak dobrze zrealizowany jak w przypadku Twojej książki. Nie bałaś się porównań do Grzegorzewskiej? Wilk?

WG: To temat uniwersalny, z którym mierzy się każdy człowiek. Nie tylko piszący. Nie myślałam o porównaniach. Myślałam o sobie i o swojej historii. A to, że jest ona tak bliska tysiącom innych historii, to chyba dobrze, prawda? Im więcej rzeczy nas łączy tym lepiej. Zwłaszcza w czasach, kiedy wszyscy starają się nas jak najmocniej podzielić.

OF: Piszesz o swoich krewnych, przyjaciołach, na fanpage zamieszczasz sporo zdjęć z rodzinnego archiwum. Sporo odkrywasz z życia swojego, i rodziny. Czy twoi bliscy nie mieli obiekcji przed napisaniem, wydaniem książki, w której o nich opowiadasz?

WG: Nie, dali mi wolną rękę, a teraz są dumni. To bardzo wzruszające doświadczenie. Mam szczęście, bo moja rodzina jest naprawdę jak wielka włoska mafia. Znamy się, spotykamy na zjazdach Gogolów, pomagamy sobie. Książkę pisałam głównie dla rodziny i o rodzinie myśląc. Chciałam zatrzymać wszystko co dostałam w spuściźnie, zafiksować to, ocalić od zapomnienia, jakkolwiek by to nie brzmiało. Teraz mam ogromną radość, że w tym moim mikroświecie wiele osób znajduje swój świat.

OF: Czy ktoś się nie zgodził, by o nim napisać? Ktoś został wykreślony z „Po trochu”?

WG: Nie. Ale też nie wszystkich pytałam o zgodę. Zresztą, ta książka nie jest reportażem. Mimo wszystko to jednak literatura. Wychodziłam z autobiografii, czerpałam z niej pełnymi garściami, ale pozwalałam sobie na pierwiastek twórczy. Chociaż, muszę przyznać, że rzeczywistość jest wielokrotnie ciekawsza niż to, co sobie wymyślimy. Wiele drobiazgów, które wręcz zahaczają o realizm magiczny, nie są przeze mnie wymyślone, a zaczerpnięte z opowieści ojca, albo dziadka, czy też wujka. Lepiej tego nie wymyślisz. Jedyne, z czego śmieje się moja rodzina, to to że musi mieć się teraz być na baczności, bo nigdy nie wiedzą, co znajdzie się w książce. Ale zauważyłam też wzmożoną aktywność opowiadaczy rodzinnych. Po ukazaniu się książki znowu zaczęli wspominać, intensywniej, niż do tej pory, wyciągać stare zdjęcia itd. To cieszy. I coraz częściej słyszę “ o tym by można było napisać”. Ale ja już zamknęłam ten temat. Może któryś z moich kuzynów za kilka lat opisze wszystko to, co nie zmieściło się u mnie, kto wie.

OF: Twoja powieść opowiada nie tylko o dorastaniu, ale też w dużej mierze o śmierci. Praktycznie w każdym z rozdziałów ktoś umiera, ale piszesz o tym w taki sposób, że śmierć nie wydaje się być dla Ciebie traumą. Skąd takie niecodzienne podejście do tego tematu, który dla wielu młodych ludzi w ogóle nie istnieje, bo albo się go boją, albo sądzą że to odległa przyszłość, gdzieś w innej galaktyce?

WG: To śmierć ojca. Ona mnie wyzwoliła ze strachu. Jego odejście odbyło się nagle, bez bólu, wśród przyjaciół. To taka śmierć, której życzyłabym każdemu. Poza tym, śmierć jest naturalną konsekwencją życia. Czego tu się bać? Staram się żyć zgodnie z tą prostą, chłopską filozofią. Jedyne, co jest w śmierci złe, niepotrzebne, to tęsknota za tymi, którzy odeszli. Ale ja znalazłam sposób na to, jak sobie z tym radzić. A w zasadzie tata mnie go nauczył. To wskrzeszanie przez opowieść. Staram się wciąż mówić i wspominać. Dziś rano przypomniałam sobie o swoim psie Bazylu, o tym jak śmierdział na jesień, jak w jednym oku zbierała mu się ropa, jak ciepło było pod jego oklapniętym uchem, pod które lubiłam wkładać zmarznięty nos. I jak tak zaczęłam wspominać, to przez chwilę wydawało mi się, że słyszę to jego tup tup, a potem sapnięcie, kiedy wreszcie kładzie się na podłodze i zaczyna chrapać i pierdzieć. Siła pamięci to niesamowita sprawa. Chciałabym, żeby ludzie przestali bać się śmierci. Ale to trudne, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy ta śmierć jest taka odczłowieczona i sterylna. W “ Po trochu” chciałam pokazać, że ta śmierć to po prostu jeden z elementów życia, taka “normalka”. To takie wiejskie podejście, które bardzo lubię.

OF: Zmieniając temat, porozmawiajmy teraz o dzieciństwie. Patrząc wstecz na swoje dzieciństwo lat 90-ych, kiedy jeszcze ta bieda się za nami ciągnęła, i na to w jakich warunkach dorastają dzisiaj dzieci, nie wydaje Ci się że kiedyś, mimo biedy, było bardziej bajkowo? Że dzieci były wtedy naprawdę dziećmi, a dzisiaj gdzieś to dzieciństwo zbyt szybko umyka?

WG: Myślę że nie. Każde pokolenie mówi to samo: kiedyś to było inaczej. Tymczasem, pewne rzeczy się nie zmieniają. Zmienia się scenografia, ale potłuczone kolana zostają. Strach przed klasówką też.

OF: Jako tłumaczka i pisarka, dosyć mocno tkwisz w literackim świecie. Jaką radę dałabyś rodzicom, których pociechy nie lubią czytać? Jak sprawić by czytanie było dla nich taką samą naturalną czynnością jak oddychanie?

WG: Czytać. Myślę, że kiedy dziecko widzi, że jego rodzice czytają, to z ciekawości samo zacznie. No i podsuwać mu lektury. Moi rodzice mi tak podsuwali. Tata “Winnetou”, mama “Głowę na tranzystorach”. Ale do niczego nie należy tego młodego człowieka zmuszać. Tak mi się wydaje. Jeśli nie chce czytać, a grać w hokeja, niech gra. Każdy też ma swój czas. Moja siostra zaczęła czytać później niż ja, ale jednak miała tę potrzebę. Zresztą, co ja mówię? Nie mam dzieci, nie jestem żadnym autorytetem w tej dziedzinie. Ale jestem tego rodzaju ciotką, która jako prezent wręcza książkę. Najwyżej będzie się kurzyć na półce, ale przynajmniej mam poczucie spełnionej misji.

OF: Tłumaczka, pisarka, ale też można powiedzieć że muzyk. Niewiele osób bowiem wie, że śpiewasz w zespole ludowym. Powiesz coś więcej na ten temat?

WG: Sprostowanie. Nie śpiewam w zespole ludowym. Kiedy mieszkałam w Krakowie, należałam do grup śpiewaczych, skupiających się na słowiańskich pieśniach tradycyjnych. To doświadczenie śpiewacze bardzo pomogło mi w pisaniu “Po trochu”. Książkę zbudowałam praktycznie na tej samej zasadzie, na jakiej buduje się  pieśń tradycyjną, starałam się snuć historię w ten sam sposób. Cieszę się, że niektóre osoby wyłapały ten klucz. Stąd na przykład ta wielowątkowość, taka pieśń wielokrotnie posiada dwadzieścia zwrotek, w których niektóre motywy mieszają się, inne zaś obsesyjnie są powtarzane, jak mantra. “Po trochu” jest napisane tak, żeby je czytać na głos. Polecam ten eksperyment. Wiele osób pisało mi, że to działa. Cieszę się, żeby to się udało.

OF: O czym marzysz? Jakie masz plany zawodowe na najbliższą przyszłość?

WG: Marzę o tym, o czym marzy standardowa Miss Polonia, czyli o pokoju na świecie. Chciałabym, żeby świat się ocknął, żeby w końcu odrobił swoją lekcję z historii. Nie minęło jeszcze sto lat od II wojny światowej, a ludzie jakby zupełnie wymazali to, co się stało. Ten rosnący faszyzm mnie przeraża. Widzę to wszędzie, naokoło. W Polsce, na Słowacji, Węgrzech, cała Europa jakby najadał się szaleju.  Marzę więc o oleju w głowie rządzących. O tym, żebym nie musiała oglądać filmików w którym leje się pałami ludzi protestujących na ulicach. Poza tym marzę o tych wszystkich zwyczajnych rzeczach, takich jak zdrowie. Nie chcę, żeby moi bliscy cierpieli. Chcę, żeby odchodzili w sposób naturalny, zwyczajny, w spokoju. Tym zewnętrznym i wewnętrznym. Poza tym, marzę o tym, żeby pisanie stało się moim źródłem utrzymania, żebym mogła zajmować się tylko tym, co lubię. Powoli zbieram się do skoku, jakim będzie druga książka. Wierzę, że będzie dobra.

OF: Tego zatem Ci życzę. Dziękuję za rozmowę, i z niecierpliwością czekam na kolejną książkę.