Klasyka nam nie umyka

John Irving

Modlitwa za Owena

Modlitwa za Owena jest jedną z tych wielkich amerykańskich powieści, rozgrywających się na prowincji, w jakimś niewielkim miasteczku, na przełomie epok, gdy stare jeszcze było mocno zakorzenione, a nowe już ze wszystkich stron zaczynało napierać. W takiej powieści nie mogło zabraknąć dobrze sytuowanej rodziny, pochodzącej od któregoś z pierwszych przybyszy na Mayflower. Jest więc starsza pani, stateczna matrona, trochę oschła, ale kochająca i w ten lekko odpychający sposób także serdeczna, trochę zarozumiała, a przez swój podeszły wiek również bardzo  mądra, głowa rodziny. Jej córki, ta porządna, która wyszła za mąż za właściciela tartaku i ma dużo dzieci, oraz młodsza, ładniejsza, z nieślubnym synem. Jest również cała masa postaci typowych dla takiej prozy, dwóch pastorów, reprezentujących różne wyznania, ksiądz katolicki, zły dyrektor szkoły, dobrzy nauczyciele, trochę dziwaków, szokujących małą społeczność, ale akceptowanych, i niezliczona dzieciarnia, o przeróżnych charakterach i usposobieniu. Taki zestaw fabularny coś nam przypomina, prawda? Może wydać się wtórny i zniechęcać do lektury. Otóż nie.

John IrvingModlitwy za Owena uczynił rozprawę krytyczną na temat współczesności. Najmocniej dostaje się rodakom pisarza i jego ojczyźnie. Iriving wypunktowuje dosłownie każdą najmniejszą wadę amerykanów. Jeden z dwóch narodowych sportów, czyli baseball, jest nudną i niebezpieczną grą, a takich stwierdzeń w literaturze zza oceanu można szukać ze świecą. Najwyższe władze, kolejni prezydenci i kongresmeni to oszuści i mordercy. Całe rzesze amerykanów żyją w skrajnym ubóstwie, zarówno materialnym jak i umysłowym,  a przeciętny obywatel Stanów Zjednoczonych jest na tyle ograniczony, że zaczyna się interesować tym co dzieje się poza jego podwórkiem dopiero w momencie gdy biorą mu syna do wojska. Irving używa sobie również na systemie edukacji, opisując jego sformalizowanie, małostkowość i bezduszność, a także straszliwie niski poziom nauczania. Widać to najlepiej w scenach, gdy narrator, już jako dojrzały mężczyzna, obywatel Kanady, prowadzi lekcje literatury w jednej z prywatnych, żeńskich szkół.

Irving wiele miejsca poświęcił religii i wierze, a także jej braku i zwątpieniu. Wiara w Boga i kościół, są stałymi elementami życia mieszkańców takich niewielkich miasteczek jak Gravesend w New Hampshire. Gdy czytamy o mnogości wyznań, odłamach, zborach i kongregacjach, o wyścigu szczurów, jaki uprawiają duszpasterze, to aż za głowę się można złapać, tak trudno się w tym wszystkim połapać. Istna Wieża Babel. Spośród wszystkich mieszkańców Gravesend, wiara jest najbardziej istotna dla Owena. Podchodzi on jednak do niej bardzo nietypowo, na każdym kroku wytykając śmieszności i głupoty wynikające z jej zinstytucjonalizowania. W Owenie największą irytację wzbudza kościół katolicki, ale to właśnie on ostatecznie okazuje się być w porządku, a u zakonnic, zwanych pingwinami, Owen szuka ostatniej pociechy.

Owen wierzy po swojemu, ale głęboko i szczerze. Jego dziwne, często denerwujące zachowanie, jakie obserwujemy niemal przez całą powieść, jest podyktowane właśnie nią, wiarą, oraz tajemniczym snem, koszmarem, który nawiedza chłopaka. Wszystkie, nawet te banalne wydarzenia z jego życia, podnoszenie przez rówieśników, ćwiczenie wsadów do kosza, obsesja na punkcie manekina bez rąk, rola Dzieciątka Jezus w jasełkach, są ze sobą powiązane, a kluczem do ich zrozumienia jest ostatnia, tragiczna scena w tymczasowej toalecie na wojskowym lotnisku w Phoenix.

Napisać że Owen jest mesjaszem, mimo towarzyszących jego osobie cudom, pomimo towarzyszącego mu wszędzie ucznia w postaci Johna Wheelwrighta, pomimo Hester, wulgarnej i zbuntowanej dziewczyny o złotym sercu, trochę Marii Magdaleny,  to zbyt wiele. Nawet jego rzekome niepokalane poczęcie, nie daje nam prawa do tego by tak o nim myśleć. Rodzice Owena są ledwie zarysowani, a i to wystarczy by stwierdzić że nie są w pełni władz umysłowych, a opowieść o tym jak w cudowny sposób narodził się ich syn, jest wytworem chorego umysłu. Tutaj jednak Irving zwraca uwagę na coś bardzo istotnego, na niekonsekwencję wiary chrześcijańskiej. Skoro będąc chrześcijaninem przyjmujemy na wiarę fakt że Jezus został poczęty niepokalanie, to  czemu nie chcemy nawet zastanowić się nad tym, czy podobny cud mógłby się znów wydarzyć?. Jeśli to nie jest możliwe, teraz, to czy faktycznie wydarzyło się kiedyś? Tym samym pisarz poważa jeden z głównych dogmatów wiaryOwen zatem nie jest mesjaszem.  Jest  bohaterem, zbawicielem którego nikt nie zauważył, aż do jego ostatniego  tchnienia.

Modlitwie za Owena oczywiście można znaleźć podobieństwa do Harper Lee, albo Kurta Vonneguta. Od autorki „Zabić drozda” powieść Irvinga różni jednak podejście do tej amerykańskiej małomiasteczkowości, bo i ona poddana jest krytyce pisarza. Z Vonnegutem ma zaś tyle wspólnego, że obaj pisarze są wnikliwymi obserwatorami. Irving jest w swojej krytyce dużo delikatniejszy, bardziej poetycki. Powieść Johna Irvinga to jednak nie tylko krytyka, ale też swego rodzaju hołd złożony kulturze, głównie amerykańskiej, ale nie tylko. W tle rozgrywających się wydarzeń przewijają się ikony popkultury, na przykład Wielki Liberace, ale jest też mowa o literaturze i kinie.  Warto poznać bliżej Johna Irvinga, i spojrzeć na świat jego oczami.

 


(Visited 61 times, 1 visits today)