Jakub Małecki

Nikt nie idzie

Czy istnieje idealna wersja mnie samego i mojego życia? Takie pytanie zadaje sobie i czytelnikom, w nowej powieści Jakub Małecki. Odpowiedź na to pytanie jest tylko jedna. Nie. Można być najlepszą wersją siebie, ale nie idealną, a na to, jak będzie wyglądało nasze życie, czy będzie tą najlepszą z możliwych, wpływ mamy już dużo mniejszy niż głoszą popularne slogany. Warto przypominać także o sprawach oczywistych, bo natura ludzka jest ułomna i mamy tendencję do zapominania. Za to więc autorowi należą się podziękowania.

Nikt nie idzie, jest największą zmianą w twórczości Jakub Małeckiego, odkąd z fantastyki przeniósł się do powieści obyczajowej. Jego ostatnie trzy książki rozgrywały się na wsi, ewentualnie w małych miasteczkach. Tym razem autor akcję książki umieścił w Warszawie, nie wykorzystując jednak w pełni potencjału, jaki skrywają w sobie duże miasta. W Dygocie, Śladach i w Rdzy, wiele rzeczy działo się w tle głównych wątków. Jak na obrazach, gdzie pierwszemu planowi towarzyszy bogate tło, często przyciągające uwagę równie mocno co temat malowidła.

Duże miasto, zwłaszcza takie jak stolica, nigdy nie zasypia. Wiecznie się tam coś dzieje. W Nikt nie idzie tego nie widać. Obserwujemy wydarzenia z życia Marzeny, Klemensa, Olgi i Igora, bardzo wyalienowanych bohaterów. Wszystko kręci się wokół tej czwórki, żadnego skrętu w bok, wyjechania linią poza margines. Można odnieść wrażenie, że Małecki ubrał ich w te śmieszne stroje, jakie noszą aktorzy na planie filmu SciFi, i umieścił ich w pomieszczeniu o zielnych ścianach, aby właściwie kostiumy i tło nałożyć potem. Tylko że autor chyba o tym zapomniał.

Proza Małeckiego po raz kolejny okazała się skąpą w opisy i emocje, a te uczucia, które towarzyszą bohaterom Nikt nie idzie, są idealną kopią tych, które znajdziemy we wcześniejszych książkach autora. Jego bohaterów zawsze spotyka w życiu coś, co uruchamia w nich blokadę. Nie potrafią żyć i odczuwać emocji w pełni. Stojąc za grubą szybą obserwują tylko prawdziwe życie i swoje odbicie nakładające się na nie. Wolą nie przekraczać tej granicy, za którą czują się bezpiecznie, nie mogąc nikogo zranić, i nie będąc przez nikogo ranionym. Często nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, że znaleźliśmy się w takiej pułapce, a co za tym idzie, nie próbujemy się z niej wydostać. Dobrze, że się o tym pisze, ale gdy temat jest wałkowany w kolejnej książce, oczekiwałoby się jakiegoś remedium, rozwiązania, albo chociaż rady. Tego w nowej powieści Jakub Małeckiego nie znajdziemy.

Również wśród postaci brak świeżej krwi. Wycofane, zamknięte w sobie i ciche kobiety, przyjmujące rzeczywistość z pozorną obojętnością i stoickim spokojem. W rzeczywistości od środka zżerane przez obawy, lęki, nadzieje i oczekiwania. Silni, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, mężczyźni, dobrzy wujaszkowie, a także ci słabi, niebędący w stanie dać oparcia swoim bliskim. To stała obsada książek Małeckiego. Jest też bardzo typowy dla jego powieści, bohater niepełnosprawny, inny niż wszyscy, niezasymilowany. Pod względem formy, także niczym nie zaskakuje. Poszatkowana narracja, opowiadana z punktu widzenia różnych bohaterów, i skoki w czasie, choć obejmujące tylko trzydzieści lat, a nie jak bywało wcześniej, kilka pokoleń.

Z jednej strony to dobrze, że sięgając po kolejną powieść Jakuba Małeckiego, wiadomo czego można się po niej spodziewać. Nie każdy lubi przecież zmiany. Niektórzy wolą podążać utartymi szlakami. Nikt nie idzie jest przyjemną lekturą, i z pewnością zachwyci czytelnika, który dopiero rozpoczyna przygodę z twórczością pisarza. Ci, którzy w literaturze poszukują nowych torów, a proza młodego autora jest im znana, mogą nie być zainteresowani dalszym poznawaniem świata według Małeckiego.

Wydawnictwo SQN, 2018

Za możliwość przeczytania książki dziękuję


(Visited 141 times, 1 visits today)