O czym pisać, kiedy nie ma o czym pisać?

Od dłuższego czasu czułem, że powinienem coś zmienić na blogu. Dokładniej rzecz ujmując, zacząć pisać coś innego niż tylko recenzje i teksty dotyczące książek, czytelnictwa. Nie potrafiłem jednak znaleźć nawet jednego tematu, o którym warto by napisać, nie mówiąc już o iluś tam tematach, z których zrodziłby się cykl felietonów. Wydawało mi się, że w moim życiu nie dzieje się nic ciekawego, nic takiego, o czym ktoś chciałby przeczytać, zwłaszcza teraz, w czasie pandemii. Rozmowa ze znajomym uzmysłowiła mi jednak, że jest zupełnie inaczej. Jesteśmy tak mocno zanurzeni w codzienności, choć może bardziej pasują tu słowa monotonia i rutyna, że nie dostrzegamy tych chwil, zdarzeń, które czynią każdy dzień niepowtarzalnym. Znajdziemy je wszędzie, dosłownie na każdym kroku. Wystarczy tylko dobrze się rozglądać.

Zacznijmy od poranka, kiedy po kawie i śniadaniu, bez którego nie potrafię wyjść z domu nawet gdy przyjdzie mi wstawać jeszcze przed świtem, idąc na przystanek, już zauważam coś niezwykłego. Szaloną wiewiórkę, która z niewiadomych przyczyn zawędrowała daleko od rodzimego parku. Rudy futrzak, jak to ma w zwyczaju, bezładnie biega w koło na środku jezdni. Co chwila przystaje, albo wskakuje na ogrodzenie sąsiadów, by odbić się od niego i znów wylądować na środku jezdni, a następnie w ostatniej chwili uciec przed kołami nadjeżdżającego samochodu.

W autobusie czy tramwaju, gdy już wygodnie usiądę, albo wspinam się na wyżyny akrobatyki, trzymając się uchwytu nad głową, przepuszczając wędrujących w te i we wte pasażerów i za wszelką cenę starając się utrzymać równowagę na śliskiej po niedawnym sprzątaniu podłodze, spotykam całą rzeszę oryginałów. Najpierw pani w średnim wieku, z oburzeniem wykrzykująca do kierowcy, czemu nie otwiera drzwi na przystankach. „Zamykać drzwi to Pan umie, ale otwierać już nie” kwituje dumna z siebie. Potem mruczy coś pod nosem i dopiero gdy wysiada, inna pasażerka zwraca jej uwagę, że kierowca nie musi otwierać drzwi, bo od dawna są od tego przyciski, którymi sami je otwieramy.

Albo ten mężczyzna, na pierwszy rzut oka wyglądający całkiem normalnie, epatujący słowną agresją i jawną niechęcią wobec wszystkiego i wszystkich, a najbardziej policji. Jest z nim pies. Czarny, sympatyczny kundelek, wpatrzony w swojego pana jak w ósmy cud świata. Zamiast smyczy przyczepionej do szelek, mężczyzna trzyma go na długim kablu elektrycznym przewiązanym przez szyję. Biała wtyczka do kontaktu wyraźnie odcina się od ciemnej, błyszczącej sierści. Przy każdym ruchu zwierzęcia, kabel zaciska się na jego szyi. Nie mogąc na to patrzeć, pytam mężczyznę, czy nie ma czegoś innego, prawdziwej smyczy, a jeśli to problem, chętnie wspomogę go finansowo, i sam sobie nie wierzę, że odważyłem się na ten krok. W tym momencie mężczyzna kieruje całą swoją nienawiść w moją stronę. Wstaje, zaczyna krzyczeć i gestykulować, więc się wycofuję i wysiadam na swoim przystanku.

Już w pracy, gdzie codziennie mam kontakt z wieloma osobami, młoda, bardzo miła i strasznie zakręcona dziewczyna pozostawia pudełko z logo znanej polskiej marki odzieżowej. Dzwonię do niej, by poinformować gdzie znajdzie swoją zgubę, a ona zdyszana odpowiada „No właśnie do Was biegnę”. Dziękuje potem bardzo wylewnie i uśmiecha się uśmiechem tak szerokim, że widać go nawet przez maseczkę. Nieco później nawiązuje się rozmowa do tycząca dobrego miejsca na urlop w kraju w czasach pandemii. Padają nazwy miejscowości, ośrodków i adresy dobrej agroturystyki, a na koniec życzenia udanego wyjazdu dla koleżanki, która jest w pracy ostatni dzień przed upragnionym urlopem. Można też porozmawiać o literaturze, kinie, ogólnie pojętej kulturze i pośmiać się z obecnej sytuacji w Polsce i na świecie, bo już tylko to nam pozostało.

A gdy już wracam zmęczony do domu, widzę kobietę walczącą z paczkomatem. Nieprzyzwyczajona do takiej formy dostarczania przesyłek, odbierająca coś w imieniu wnuka, jest całkowicie bezradna. Prosi mnie o pomoc, ufnie podając mi telefon, w którym ma zapisany kod potrzebny do otwarcia skrytki. Po niecałej minucie trzyma już paczkę pod pachą. Wdajemy się w krótką rozmowę na temat paczkomatów i nowych technologii. Opowiadam jej, jak to kiedyś stałem pół godziny przed ekranem paczkomatu, bezskutecznie próbując wyciągnąć z niego swoją przesyłkę i widzę, że jest jej trochę mniej wstyd. W domu zaś, siedząc na tarasie, obserwuję, jak mrówki wytrwale dźwigają kawałek mojego obiadu, który spadł na ziemię, i nie mogę wyjść z podziwu, jak silne i zdeterminowane to stworzenia.

Czemu jednak nie zauważamy takich sytuacji? Jesteśmy zwyczajnie zmęczeni wszechobecnym hałasem i przebodźcowani dobiegającymi zewsząd komunikatami, niekoniecznie kierowanymi do nas. Po ośmiu godzinach pracy nie mam ochoty słuchać czyichś opowieści o problemach z szefem, wypowiadanych z prędkością światła, albo głośnego bełkotu dwójki licealistów. Nie należę do osób nadwrażliwych na dźwięki, ale mimo to często chętnie odcinam się od tego zgiełku, wkładając w uszy słuchawki i/lub zagłębiając się w lekturze, tracąc w ten sposób wiele cennych obserwacji, ciekawostek, które mogą ubarwić kolejne opowiadanie, czy wręcz zwiększających poziom adrenaliny przeżyć.

Jak więc radzić sobie z awersją do dźwiękowego śmietnika, pozostając jednocześnie uważnym obserwatorem, wykorzystującym każdą możliwą okazję do zbierania ciekawych tematów i historyjek do opowiedzenia innym? Nie ma na to złotego środka. Pozostaje jedynie zachować równowagę. Starać się ratować ucieczką od hałasów jedynie w sytuacji, gdy nie ma już innego wyjścia, a pomysły na nowe teksty, opowiadania, może nawet powieść, będą przychodzić do nas same. Na sto procent gdzieś już dzisiaj czekają na nas, by skraść odrobinę naszej uwagi i być może przerodzić się w coś nowego.

(Visited 153 times, 1 visits today)

9 osób skomentowało “O czym pisać, kiedy nie ma o czym pisać?

  1. Mnie też coraz częściej dopada przebodźcowanie. Sam dobrze widzisz, jakie to okropne uczucie. Nie dziwię się, że ludzie popadają w życiowy letarg.
    Mam nadzieję, że znajdziemy jakąś metodę na tę przypadłość pierwszego świata.

      • pablo escobaier mówi :

        Emigracja wewnętrzna. Tv nie mam od 5 lat (w sensie telewizji a nie telewizora) radia slucham tylko muzycznego. Fb zlikwidowany. Omijam portale „informacyjne”. Pomaga, wycina sporo szumu i hałasu informacyjnego. Commuting rowerem miejskim więc omijają mnie oryginały tramwajowe. Podmiejskie busy… tu juz sluchawki, drzemka + okulary przeciwsloneczne i maseczka. Tak uzbrojony podziwiam widoki lub śpię.

  2. Zgodzę się z tym, że w codziennej rutynie nie zauważamy małych wydarzeń, które są interesujące. Staram się to ostatnio też zmieniać i zwykły spacer uliczkami Wrocławia sprawił mi ogrom przyjemności i dał mnóstwo okazji do obserwacji. Czasem wystarczy trochę zmienić podejście i uznać to, co zwykłe za ciekawe i warte uwagi. Czekam na kolejne felietony 🙂

  3. I mnie dopadało ostatnio przebodźcowanie i czułam się przytłoczona miastem. Dopiero gdy w zeszłym tygodniu zorientowałam się, jak bardzo żyję „w biegu”, nie żyjąc „tu i teraz”. Bardzo pomógł jednodniowy wypad w góry ze znajomym, zmiana rzeczywistości na 24 godziny – niestety, mieliśmy tylko jeden dzień, więc przyjazd z samego rana i powrót nocnym pociągiem – mogłoby się wydawać, że nie warto, że więcej drogi niż samego chodzenia po górach (jechałam z Warszawy) – ale bardzo warto! W górach czas jakby zwalnia. A raczej – łatwiej dostrzec, że czas płynie swobodnie – a to my się z nim ścigamy… Łatwiej dostrzec te zwykłe, najprostsze rzeczy – poruszanie się liści na wietrze, słuchanie odgłosu kroków.

    Życzę wszystkim ludziom takiego zatrzymania się i dostrzeżenia jak piękna jest codzienność.

  4. Świetny felieton! Właściciela tego biednego psa też bym chyba upomniała… Rzadko ostatnio komentuję teksty na obserwowanych blogach, ale tu muszę, bo mam pewną obserwację.

    Niedawno narzekałam, jak bardzo nudne, wręcz do bólu, mam życie, a potem zdarzyła się sytuacja wręcz niemożliwa: wracałam z pracy i tuż pod moje stopy, dosłownie kilka centymetrów przed nimi, upadła torba podróżna, z męskimi ubraniami, nawet nie do końca zapięta. Spadła oczywiście z balkonu mijanego bloku. Gdyby trafiła mnie w głowę, to mogło być niewesoło 😛 Wygląda na to, że czyjś partner był właśnie wyrzucany przez okno ze swoim dobytkiem, myślałam, że takie rzeczy to tylko w filmach 😀

    Tak się tym zaaferowałam, że już w moim własnym bloku wysiadłam o piętro za wcześnie i próbowałam wejść do nieswojego mieszkania 😀

    Nie, codzienne życie bynajmniej nie jest nudne i już nigdy tak nie powiem!

    Czekam na kolejne teksty i jestem pewna, że będą warte uwagi!

  5. Oczytany Facet mówi :

    Przerażające ale i fascynujące. Ja ostatnio codziennie zauważam takie perełki wokół siebie😊 Patrz częściej w niebo, żeby znów nic na ciebie nie spadło.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.