Odpowiednie podejście do czytania – wywiad z Jakubem Ćwiekiem

Z Jakubem Ćwiekiem rozmawiałem o jego najnowszej, nie fantastycznej książce i o związanych z nią problemach. A także skąd biorą się pomysły na nowe fabuły, o polskiej fantastyce, czytelnikach i czytaniu.

Jakub Sobieralski: Skąd zainteresowanie takim tematem jak policja

Jakub Ćwiek: Wiesz, odnoszę wrażenie, że każdy, kto interesuje się pop kulturą, choćby tylko biernie, ale świadomie, jako myślący odbiorca, widz, musiał choć raz zastanawiać się nad tym, jak schematy i stereotypy ogrywane w dziesiątkach filmów i seriali mają się do rzeczywistości. Policja, z racji tego, czym się zajmuje, to formacja, wokół której narosło wiele mitów i legend. I wielu z nas, myśląc glina ma przed oczami jakąś filmową postać. Brudny Harry był policjantem, Crockett i Tubbs z Policjantów z MiamiRiggs i Murtaugh z Zabójczej broni, niezłomny Serpico. Polska dokłada do tej wyliczanki porucznika Borewicza z 07 zgłoś się, Mauera z Psów czy Halskiego z Ekstradycji.

A przecież nie samym mitem niezłomnego buntownika policja stoi. Są seriale o pracy codziennej szeregowych patroli. Pamiętam, jak za dzieciaka oglądałem Adam 12, dziś z przyjemnością odpalam kolejne odcinki The Rookie. Są takie, które w struktury wchodzą głębiej i poważniej, jak choćby Prawo ulicy. A za tym wszystkim wiąże się taka refleksja. Oto ludzie, którym daliśmy broń i prawo do stosowania uzasadnionej przemocy, po to, by nas chronili i dbali o nasze bezpieczeństwo. Naprawdę chciałbym wiedzieć, czy robią to dobrze, czy nie. A jeśli nie, to dlaczego.

JS: Jak trafiłeś na Adama Bigaja?

JĆ: Na spotkaniu towarzyskim. Poznaliśmy się na gruncie prywatnym, przy okazji jednej z moich wizyt we Wrocławiu. Lubię mówić, że jak w przypadku dobrej, rasowej opowieści kryminalnej, w zawiązanie intrygi zaangażowane były piękne kobiety, bo raz, że dobrze to brzmi, a dwa, że nie odbiega od prawdy.

JS: Kiedy zrodził się pomysł na przeprowadzenie z nim wywiadu i napisanie książki?

JĆ: Nie wiem, gdzieś pomiędzy kolejnymi anegdotami, które zaczęły mi się układać w jakąś całość. U mnie zawsze książka zaczyna się od pytania o bohaterów, o ich motywacje, o sposób działania, o to, co ich ukształtowało. Zacząłem się zastanawiać, jak praca Adama wpłynęła na niego samego. Co zmienia się w człowieku, który na co dzień obcuje z ciemniejszą stroną ludzkości. Pytałem, zagadywałem, dopytywałem, aż w końcu zaproponowałem napisanie książki.

JS: Ciężko było przekonać go do rozmowy i opublikowania jego wspomnień? Z tego, co się orientuję, to nawet byłych gliniarzy obowiązuje tajemnica służbowa.

JĆ: Przede wszystkim Adam nie do końca wierzył, że ktokolwiek będzie chciał to czytać, ale tu przekonałem go, że owszem, masa ludzi czeka na historię niezbudowaną wyłącznie na skandalach, niegloryfikującą czy potępiającą, wreszcie nie wywiad-rzekę. Na opowieść o blaskach i cieniach zawodu. W którymś momencie powiedziałem nawet: Po prostu to spiszmy, ja nad tym popracuję. Najwyżej nic z tego nie będzie. I tak ruszyliśmy.
Co do kwestii tajemnicy służbowej, na to pytanie nie umiem odpowiedzieć. W sensie ani co obowiązuje, ani jak działa. To pytanie trzeba by zadać Adamowi.

JS: Czy twój rozmówca, poza opowiadaniem o swoich doświadczeniach ze służby, miał jakiś wpływ na ostateczną formę książki?

JĆ: Tak. Gdy już ją napisałem, przeczytał ją i przedstawił sowje uwagi, wyjaśniając mi kilka kwestii, które niewłaściwie zrozumiałem. Utemperował też ze dwa moje pomysły dotyczące narracji, bo trochę za bardzo zacząłem cudować.

JS: Spisanie i uporządkowanie nagranego wywiadu jest ciężką i żmudną pracą. Co jest dla Ciebie łatwiejsze, pisanie pod wpływem natchnienia czy takie wsłuchiwanie się w nagrania rozmowę i formowanie z tego tekstu?

JĆ: Ja nie pracowałem na nagraniu tylko na tekście. Oprócz naszych rozmów dysponowałem wspomnieniami spisanymi przez Adama i najpierw je przeczytałem. I to poniekąd było, może nie tyle spełnienie marzenia, bo to za duże słowo, ile zrobienie czegoś, o czym wielu pisarzy przynajmniej raz w życiu myślało. Jakby to było czyjąś książkę napisać na nowo, po swojemu. Ja to właśnie zrobiłem. A co do tego, czy pisało się to łatwiej, czy trudniej niż pisanie zgodnie z własnym od podstaw pomysłem? Inaczej. Są plusy i minusy w obu przypadkach i to, co przy jednym jest fajne, bywa trudne przy drugim i na odwrót. Jednak to ciekawe doświadczenie.

JS: Będzie jakiś dalszy ciąg?

JĆ: Na obecną chwilę nie myślałem o tym i traktuję Bezpańskiego jako pojedynczą książkę. Nie chciałbym, by utracił świeżość dorabianymi na siłę dobudówkami.

JS: promocją Bezpańskiego jest pewien problem. Można powiedzieć, że natknąłeś się na mur ze strony najważniejszych person w policji?

JĆ: Z punktu widzenia promocji to akurat żaden problem, wręcz przeciwnie. Gdybyśmy chcieli, moglibyśmy to bardzo ładnie ograć, rozdmuchując skandal związany z odwoływaniem na ostatnią chwilę zaproponowanego wcześniej spotkania. Rozpętać internetową burzę na podstawie potencjalnej teorii spiskowej, która może się za tym kryć jest bardzo łatwo. Wielu czytelników poszłoby za tym choćby z ciekawości i przekory.

Tyle że niespecjalnie chcemy działać w ten sposób. Zarówno Adam, jak i ja chętnie mówimy o publikacji, odnosimy się do pytań z nią związanych, konfrontujemy takie czy inne poglądy na jej temat. W naszym założeniu to książka, która daje grunt pod dyskusję, więc żadną miarą nie chcemy od tej dyskusji uciekać. Spotkanie zaproponowane przez Stowarzyszenie Komendantów Policji Polskiej odebraliśmy właśnie jako taką okazję do podyskutowania, zderzenia opinii. Z marketingowego punktu widzenia to wydarzenie nie mogło nam przynieść żadnej korzyści, za to solidnie poturbować, gdyby wyszło, że argumenty drugiej strony są mocniejsze niż nasze. A mimo to my wyraziliśmy gotowość do spotkania, a Stowarzyszenie wystosowało kuriozalne, pozbawione cienia konkretu oświadczenie, w dodatku kawał czasu po tym, jak w ostatniej chwili, po cichu odwołało spotkanie. Mógłbym powiedzieć, że oddano nam w ten sposób przysługę, ale jak mówię, niespecjalnie chcę to postrzegać w ten sposób. Lubię rozmawiać i zderzać swoje poglądy z cudzymi. Tu pozbawiono mnie tej możliwości.

JS: A jak do książki odnoszą się inni policjanci, nie ci z najwyższego szczebla, a tacy jak Adam?

JĆ: Ci, z którymi rozmawiamy w zdecydowanej większości dobrze lub bardzo dobrze. Adam siłą rzeczy ma więcej takich rozmów, ja ograniczam się do ludzi spotkanych po spotkaniach autorskich, do samych policjantów, ich rodzin. Nie tylko chwalą, ale i opowiadają własne anegdoty, deklarują chęć współpracy w przyszłości. Fajne to bardzo,

JS: Czy „Bezpański” to zapowiedź nowego Jakub Ćwieka? Pójdziesz szlakiem swoich kolegów fantastów i porzucisz ten gatunek dla prozy realistycznej?

JĆ: Trudno mówić o nowym Jakubie Ćwieku akurat przy okazji tej książki. W ostatnich latach wydałem książkę podróżniczą, bajkę dla dzieci, zbiór opowiadań niefantastycznych oraz napisałem szereg rzeczy w ogóle niezwiązanych z fantastyką dla innych mediów. Deklarowanie definitywnego porzucenia fantastyki mam za oznakę głupoty i krótkowzroczności, albo tchórzostwa, bo spojrzenie fantasty to spojrzenie szersze, dające szereg dodatkowych możliwości, zadawania dodatkowych pytań. Pisarz fantasta nie stawia sobie ograniczeń, wie, że ma środki do tego, by opowiedzieć swoją historię w każdy możliwy sposób. I czasem korzysta z rzeczywistości rozszerzonej, a czasem nie. Wystarczy spojrzeć na Zygmunta Miłoszewskiego – on debiutował horrorem, czyli fantastyką czystej wody, potem poszedł w kryminał, który z jednej strony dał mu sławę, ale z drugiej mocno fabularnie krępował ruchy. A teraz, czując się artystą pewnym swego warsztatu, napisał… historię alternatywną, czyli znowu fantastykę. Skądinąd wyśmienitą.

Odpowiadając na pytanie bezpośrednio, nie odchodzę od fantastyki, ale w najbliższym czasie będę też pisał i wydawał inne rzeczy, bo część zaplanowanych historii nie zawiera wątków fantastycznych.

JS: Co sądzisz o polskiej literaturze fantasy i SciFi? Dorównujemy światowym trendom, może je przewyższamy? Powinniśmy się wstydzić czy być dumnymi?

JĆ: Przede wszystkim myślę, że nie powinniśmy patrzeć na to pod kątem narodowym, a konkretnymi autorami. I mamy kilku takich, którzy spokojnie mogliby zaistnieć na rynku światowym, zbierać środowiskowe nagrody i sprawiać, że recenzenci dostaną furii, próbując wymówić ich nazwiska. Patrząc szeroko mamy czego się wstydzić, ale i mamy masę powodów do dumy. Myślę, że nie odstajemy w żadną stronę od innych znanych mi rynków.

JS: A polscy fani, czytelnicy, są wymagającym odbiorcom?

JĆ: Pytanie, co rozumiemy przez wymagającym”. Bo na pewno polski czytelnik wymaga i jeżeli chce się go utrzymać, trzeba tym wymaganiom sprostać. Jednak czy to się przekłada na literacki rozwój pisarza? Nie sądzę. U odbiorców książek w ogóle nastąpiło bardzo wyraźne umocnienie pozycji czytelnika, który dziś już nie tylko głosuje portfelem, ale też dzieli się swoją opinią na równi z zawodowcami i w ten sposób kształtuje zapotrzebowanie i finalnie obraz rynku. Problem z tym związany jest taki, że jednocześnie zmusza on rynek do dostosowania się do jego, często niewyrobionego gustu, odmawiając udziału w większości eksperymentów. Tym samym rolą pisarza jest dziś w dużej mierze szybkie wyłapywanie trendów i przedstawianie ich na modłę już gotowych konstruktów myślowych, doprawionych aktualną modą gatunkową. To też trudne i wymagające zadanie, ale nie wiem, czy w tej sytuacji literacka para nie idzie w gwizdek.

JS: Z pisarzami różnie bywa. Jedni się lubią nawzajem, inni ignorują, a jeszcze inni utopiliby drugiego w łyżce wody. Jak to jest z pisarzami fantasy. Lubicie się, utrzymujecie ze sobą kontakt, spotykacie się na przykład na rozgrywce Battlestar Galatica?

JĆ: A to nie tak, że tak jest po prostu z ludźmi, niezależnie od zawodu? Z częścią pisarzy czy to fantastycznych, czy niekoniecznie bardzo się lubię, za innymi nie przepadam, jeszcze innych mam za mocno szkodliwych. To samo mógłbym powiedzieć o piekarzach, sportowcach czy nauczycielach. Środowisko fantastyczne ma jeszcze to do siebie, że wielu pisarzy, w tym ja, było wcześniej (i później też) fanami gatunku, więc łączył nas nie tylko zawód, ale i wspólne zainteresowania. Czasem się spotykamy, by coś wspólnie pooglądać czy w coś pograć. Choć fanem BSG akurat nie jestem. Ani serialowego, ani planszowego.

JS: Taka sytuacja. Jest podpisana umowa z wydawnictwem na ileś książek. Redaktor wpada na pomysł i przychodzi z tym do Ciebie, bo temat pasuje do Jakuba Ćwieka. Czy zdarzyło Ci się pisać pod zlecenie?

JĆ: Poniekąd. Kiedyś zostałem zapytany przez szefa Storytel czy nie podjąłbym się napisania uwspółcześnionej wersji opowieści któregoś z klasyków grozy. Ponieważ jestem fanem gatunku, powiedziałem, że to fajny pomysł i tak powstało minisłuchowisko Szepczący w eterze oparte na opowiadaniu Lovecrafta. To jednak kwestia tego, jak bardzo określony z góry pomysł pozwala mi na kreatywność, na odnalezienie się w roli. Im więcej mam swobody twórczej, tym dla mnie i dla historii lepiej.

 

foto. Tomasz Pluta

JS: Jak wygląda twój warsztat pracy. Masz konkretne miejsce, w którym tworzysz, jakieś biuro, czy piszesz gdzie popadnie, tam, gdzie akurat złapie Cię wena?

JĆ: Zależnie od książki, nad którą pracuję-niektóre wymagają szczególnego skupienia i wtedy muszę być zupełnie sam, najlepiej na odludziu, odcięty od bodźców. Zwykle jednak mogę pisać wszędzie i z racji częstych podróży tak właśnie robię. Pomysłu z biurem próbowałem, ale choć fajny na krótką metę, na dłuższą się nie sprawdził.

JS:  Ile czasu zajmuje Ci napisanie książki? Wyznaczasz sobie może jakiś pułap, że napiszesz tyle i tyle słów, albo będziesz pracować przez tyle i tyle godzin dziennie?

JĆ: Staram się napisać około dziesięciu stron dziennie, ale też żyję w taki sposób, że nie zawsze jest to możliwe i wtedy nie rwę włosów z głowy. Ważna jest dla mnie regularność pisania, pilnowanie, by historia nie skostniała. Poza tą kwestią pozostaję elastyczny.

JS: Masz już całkiem obszerny dorobek literacki. Skąd czerpiesz pomysły na te wszystkie historie, bohaterów. Czym się inspirujesz?

JĆ: Tu odpowiedź będzie krótka i może się wydać, że Cie zbywam, ale jest jedyną prawdziwą. Z życia. Ze wszystkiego, co mnie otaczają. Z tego, co przeczytałem, co obejrzałem, z własnych przemyśleń. Nade wszystko jednak od ludzi wokoło. W wielu z nich tkwi prawdziwy opowieściowy potencjał.

JĆ:  Pomysły mają to do siebie, że często przychodzą do głowy w najmniej odpowiednim momencie. Ja staram się zawsze mieć pod ręką notes, by je zapisywać. A ty jak to robisz. Pozwalasz pozostać im tam, gdzie powstały, czy utrwalasz je, tak na wszelki wypadek, bo może kiedyś się przydadzą?

Utrwalam przede wszystkim żarty standupowe, bo te faktycznie przychodzą pod wpływem chwili i często szybko potrafią się zatrzeć. Zdarza mi się też notować pomysły niektórych rozwiązań fabularnych, choć to tak asekuracyjnie, bo zwykle je potem pamiętam. Pomysłów na historie staram się nie notować. Dopóki są w głowie, mogą się rozwijać. Zapisane na kartce często na tej kartce zostają.

JS: Co czyta Jakub Ćwiek?

JĆ: Czytam około stu książek rocznie, do tego trochę komiksów, więc długo by wymieniać. Nie zamykam się  w obrębie jakiegoś gatunku. Sięgam po książki z polecenia, a że mam bardzo mądrych znajomych, często zdarza mi się dzięki nim trafić na geinialny tytuł. Kilka dni temu skończyłem czytać biografię Robina Williamsa, postaci bardzo dla mnie ważnej. Dobra, interesująca, ale i smutna książka.

JS: Jakiś autor, książka, którą każdy, kto myśli o sobie jako czytelniku pełną gębą, powinien znać?

JĆ: Nie. Nie ma jednej książki, która uczyni nas rasowym, wyrobionym czytelnikiem. To nieustanne poszukiwanie, analizowanie czytanych książek, zadawanie sobie samemu pytania, co mi się podobało, albo nie i dlaczego. Bo co z tego, że ktoś będzie się zaczytywał w Cortazarze, skoro ograniczy się tylko do przeczytania słów na papierze? Rzecz nie w konkretnych tytułach zatem, a w ogólnym podejściu do czytania.

Foto. Tomasz Pluta, dzięki uprzejmości oficjalnego fanklubu Jakuba Ćwieka

 


(Visited 173 times, 1 visits today)