Phillip Lewis

Ziemia przeklęta

Pierwszą część Ziemi przeklętej czyta się na wdechu. Cały czas czekając na rozwój wydarzeń, wyjaśnienie dlaczego autor nazwał miasteczko w Appalachach ziemią przeklętą. Zalążek odpowiedzi na to nurtujące czytelnika pytanie, pojawia się gdy główny bohater powieści, opowiada o losach budowniczego i pierwszego mieszkańca Sępiego Domu.

Phillip Lewis nie poszedł jednak za ciosem, odkładając temat na bok. Skupia się natomiast na ojcu głównego bohatera, jego relacjach z  rodzicami, żoną, dziećmi i sąsiadami. Są to postacie świetnie napisane, szczególnie zdziwaczała, stara panna z sąsiedztwa, ubierająca kota w sukienki, i obłudny, nawiedzony pastor. Dodają smaku tej mało wyrazistej, ale bardzo klimatycznej prozie. Pozwalają też czytać powieść z przekonaniem, że za stronę lub dwie, po kolejnym rozdziale, coś się wykluje z tego kokonu. Niestety, jak to często bywa, nadzieja okazuje się być płonną.

W kolejnej części, gdy główny bohater dorasta i wyjeżdża na studia, powieść gwałtownie wyhamowuje, niepowtarzalny klimat gdzieś znika bezpowrotnie. Czytamy o problemach finansowych wchodzącego w dorosłe życie młodego mężczyzny, o typowo studenckich imprezach i wybrykach, pseudo inteligenckich dysputach. Niemal jak w dzienniku dosyć przeciętnego, nudnego człowieka, który skrupulatnie relacjonuje co, ile, z kim i gdzie wypił. Brak w tym wiarygodności, a nowi bohaterowie są jednowymiarowi. Również wątek uczuciowy, który jest, ale jakby go nie było, nie przekonuje. Henry i Story praktycznie się nie znają. Przez kilka lat studiów widywali się jedynie w przelocie, a bliższe kontakty udało im się nawiązać może ze dwa razy, niewystarczająco jednak, by powstała między nimi zażyłość, bliskość jaką później obserwujemy. Można mówić tu o chemii, ale to tylko namiętność, nie prawdziwe uczucia.

Ziemia przeklęta jest przykładem tego, jak można zepsuć nawet najlepszą historię. Phillip Lewis miał kilka świetnych pomysłów, na wątki, które mogły udźwignąć historię Henry’ego i jego rodziny. Aż się prosiło, by pociągnąć dalej wątek pastora i jego niechęci do ojca Henry’ego. Kilka genialnych wręcz scen, jak ta z paleniem książki Faulknera, pogrzebem kota, czy literackim pojedynkiem na końcu książki, po tym jak Lewis wplótł je w fabułę, przepadły w zalewie nijakiej pisaniny.

Powieści brak głębi. Autor wyraźnie chciał coś przekazać czytelnikom, pisząc o twórczej niemocy i jej wpływie na życie twórcy, o braku zrozumienia wśród bliskich, kajdanach, jakimi często okazują się być relacje z nimi. Trudno jednak odnaleźć w tym jakieś konkretne przesłanie. To prawdziwe przekleństwo często towarzyszące pisarzom. Tak wiele myśli, uczuć, spostrzeżeń, które che się przekazać, bez umiejętności przelania tego na papier, tak by miało to sens.

Prószyński i Ska, 2018

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:

 


(Visited 105 times, 1 visits today)