Planeta K. Pięć lat w japońskiej korporacji

Piotr Milewski

Jeśli po Planecie K oczekujecie wstrząsającego reportażu o Japonii na miarę Kwiatów w pudełku, będziecie srodze rozczarowani. Dla kogoś, kto, choć trochę orientuje się w tym, jak funkcjonuje japońskie społeczeństwo, nie będzie w tej książce nic, czego by jeszcze nie wiedział.

To, o czym w Planecie K pisze  Piotr Milewski, równie dobrze mógłby opowiedzieć każdy, kto odrobił lekcje i przeczytał odpowiednią ilość książek na temat. I niekoniecznie musiałby nawet odwiedzić ostatnie cesarstwo na Ziemi. Wręcz zaskakujące jest to, jak powierzchownie temat ten został potraktowany przez autora. Choćby sprawa kobiet i ich położenia, sytuacji w środowisku pracowniczym. Milewski ledwie o tym wspomina i faktycznie dzięki temu bardzo zbliża się do japońskości.

Amelie Nothomb w pięciokrotnie krótszej Z pokorą i uniżeniem, znacznie lepiej sportretowała japońską korporację i kobiety w jej strukturach, nie pomijając także mężczyzn, czyli głównego składnika każdej japońskiej firmy. Zrobiła to także dużo ciekawiej i subtelniej niż Piotr, a przy tym znacznie zabawniej, choć w autobiograficznej noweli jest to raczej śmiech przez łzy.

W pewne zdumienie może wprowadzić także niezbyt szybkie odkrycie Piotra Milewskiego, że japońska mentalność i sposób życia diametralnie różnią się od tego, do czego przywykł w rodzinnych stronach. Opisywane przez niego wydarzenia rozgrywały się stosunkowo niedawno. Kraj Wschodzącego Słońca nie był już wtedy terra incognita. Do przewidzenia było więc niedopasowanie na dłuższą metę do tej kultury i tęsknota za tym, co bliskie.

To samo dotyczy też jego japońskiej żony, która po powrocie do Polski, została oderwana od rodziny i zabrana na tak samo obcą jej planetę. O tym Milewski nie wspomina. W ogóle tylko napomyka o żonie, która jak na Japonkę przystało, jest tylko tłem dla męża i jego kariery.

Planeta K nie porywa czytelnika wartką akcją, wstrząsającymi przeżyciami, czy rozbrajającym poczuciem humoru. Tego ostatniego na kartach książki szukać można ze świecą. Forma przedstawienia tych kilku lat spędzonych w Firmie K także nie jest oryginalna. Coś pomiędzy powieścią, reportażem i biografią, ale bez zachowania odpowiednich proporcji. Najpierw czytamy drobiazgowy opis kolejnych tygodni zatrudnienia Piotra, by następnie w błyskawicznym skrócie przejść przez cztery lata.

Poza katastrofalnym w skutkach trzęsieniem ziemi, nie dzieje się tu nic dramatycznego, nic, co zapadłoby w pamięć na dłużej. No może poza kilkukrotnym niefortunnym zastosowaniem pewnych słów, jak w przypadku sceny, w której wraz z klientami odwiedza bar z hostessami. Opisuje mało subtelny wygląd pracującej tam dziewczyny, by w kolejnym zdaniu nazwać ją niewiastą.

Wraz za swoimi japońskimi współpracownikami powtarza też monotonne i właściwie nic nieznaczące oficjalne przemowy i podziękowania. Piotr słyszał je i sam wygłaszał zapewne miliony razy i nudziły go, irytowały tak samo, jak czytelnika. Czemu więc miało to służyć, poza wywołaniem u czytającego irytacji? Można to uznać za plus tej książki, pierwszy i ostatni, bo dzięki temu mogliśmy poczuć się trochę jak ktoś uwięziony w tych przedziwnych kręgach małego, japońskiego piekiełka.

Świat Książki, 2020

(Visited 456 times, 1 visits today)

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.