Maja Wolny

Pociąg do Tybetu

Lektura Pociągu do Tybetu stanowi przyjemności, którą można porównać tylko do tej odczuwanej podczas własnej, dalekiej czy bliskiej, wymarzonej podróży. Pasjonująca, bardzo intymna książka, pozwalająca wyciszyć się, jak podczas modlitwy, i jednocześnie chłonąć wszelkie bodźce i wrażenia, które w tym wypadku, przefiltrowane przez pamięć autorki i utrwalone słowami, nic nie tracą na jakości i autentyczności.

Maja Wolny wspomina w jednym z rozdziałów o podróżniczej prozie. Nie ma lepszego określenia dla tego, co pisarka i podróżniczka ukryła pod tytułem Pociąg do Tybetu. Nie są to tylko fakty dotyczące tej konkretnej wędrówki, którą właśnie odbywa. Pociąg do Tybetu pełen jest nawiązań do tekstów literackich, opowiadających o podobnej lub zbliżonej trasie, z Europy na dach świata. Autorka przytacza też trochę historii, nie tylko Tybetu, ale także terenów mijanych po drodze, Rosji europejskiej, Syberii, Mongolii czy Chin. Prezentuje również, niestety z powodu długości trasy dość skrótowo, jak dzisiaj się tam żyje, co zaprząta głowy mieszkańców, jaki mają stosunek do przeszłości. Dzięki temu ma się wrażenie, że odbywamy nie jedną, a kilka podróży jednocześnie.

Pociąg do Tybetu żyje, pulsuje i być może czytany po raz drugi, trzeci i kolejny będzie już nieco inną książką, inną podrożą. Ma smak, który możemy poczuć, zapach, który wwierca się w nozdrza czytelnika, irytujące hałasy, jak te dobiegające z baru karaoke w bazie pod Mount Everest. Tracimy oddech, chłonąc widoki i wędrując coraz wyżej nad poziomem morza. Opisy podróży pociągiem z Moskwy w głąb kraju oddają wręcz w stu procentach pełną skalę doznań, jakich dostarcza jazda rosyjskimi, ukraiński czy białoruskimi pociągami.

Nieco zadziwiająca, ale wcale nie rozczarowująca, jest dość skromna obecność Tybetu w książce, w której tytule się pojawia. Zaledwie połowa Pociągu opowiada o krótkim, zdecydowanie krótszym od samej podróży, pobycie na dachy świata. Jeśli na tytuł książki popatrzymy dosłownie, to nie będzie w tym nic dziwnego. Chodzi przecież o trasę, jaką Maja Wolny przebyła, jadąc do ojczyzny Dalaj Lamy. Jednak gdy ten pociąg odczytamy jako skłonność, tęsknotę czy pragnienie, obiekt pożądania wydaje się traktowany zbyt po macoszemu. To jednak jest usprawiedliwione tym, że autorka nie mogła się dowolnie i samodzielnie poruszać po kraju.

Nie sposób nie zauważyć, że podróż, którą Maja Wolny odbyła, była nie tylko spełnieniem marzenia o odwiedzeniu Tybetu, ale też wędrówką po śladach jej idolki, Aleksandry David. Niezwykłej kobiety, śpiewaczki operowej, podróżniczki, buddystki, feministki, pisarki i pierwszej białej kobiety, która zawitała na dach świata. Postać szalenie ciekawa. Chciałoby się ją poznać bliżej, zgłębić fascynujący życiorys bardziej, niż pozwala nam na to autorka.

Gdyby można było mieć wpływ na ostateczną postać Pociągu do Tybetu, zdecydowanie należałoby z niej usunąć wszelkie wzmianki o COVID-19. Co prawda jest on tylko ledwie wspominany i tylko dwa, lub trzy razy, ale i to za dużo. W ostatnich miesiącach zdecydowanie częściej sięgamy po książkę, by uciec od przykrej rzeczywistości, więc nawet tak skromna obecność wirusa, który dominuje w każdym rodzaju mediów, psuje nieco frajdę z lektury.

 

(Visited 333 times, 1 visits today)

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.