Dima Garbowski

Polak z Ukrainy

Opowieść Dimy o emigracji i aklimatyzacji w Warszawie czyta się bardzo przyjemnie. Lekko napisana, ze swadą i poczuciem humoru trochę jak u Marcina Bruczkowskiego, jest odpowiednią lekturą na upalne, letnie dni. Miło jest bowiem choć raz na jakiś czas przeczytać o tym, że ktoś chce w Polsce mieszkać. Że nie jest tak strasznie i paskudnie, jak mówią co niektórzy, a standard życia niewiele odbiega od tego na zachodzie Europy. Ludzie są życzliwi i pomocni. Fajnie, że ktoś docenia schludne tramwaje z klimatyzacją i czyste, odgrodzone place zabaw.

W trakcie lektury jednak pojawia się pewna myśl. Zaraz, zaraz. A gdzie te starsze tramwaje, puszki na torach, w których za klimatyzację robią pootwierane okna. Gdzie chamstwo i drobiazgowość, na które cierpi część naszego społeczeństwa? Gdzie trudności, które piętrzy rozrastająca się niemiłosiernie biurokracja? A, te akurat są, ale sprowadzone do minimum, związane z otrzymaniem karty pobytu, karty polaka i zgody na podjęcie pracy. Zbyt piękny i cukierkowy obraz tej naszej współczesnej Polski. Zrozumiałe jest, że pierwsze wrażenie dla emigranta będzie właśnie takie, ale złudzenia mijają bardzo szybko. Dima wspomina tylko o kilku, niewielkich minusach swojej nowej ojczyzny.

Dima Garbowski i jego żona nie są reprezentatywni i to jest największym minusem książki. Nie należą do grupy przeciętnych mieszkańców Ukrainy, bo ilu z nich mogłoby pochwalić się czterdziestoma tysiącami dolarów oszczędności po spieniężeniu swojego majątku? Jak czytamy na początku książki, mieli własną firmę, podróżowali po świecie i na ogół żyli dosyć wygodnie. Jego sytuacja zatem, zarówno na Ukrainie, jak i w Polsce, mocno odbiega od normy. Świadczy o tym sam fakt, że podjął się pracy na czarno, dopiero gdy poczuł, jak nóż zbliża się do jego gardła, a i tak niemal od razu otrzymał wymarzoną posadę. Bycie popularnym youtuberem również wiele spraw ułatwiło.

Chciałoby się poznać historię tych rodaków Dimy, którzy przyjeżdżając tutaj, zaczynali wszystko naprawdę od nowa, bez olbrzymiego zapasu gotówki. Historię kasjerek i kasjerów z Żabki, kurierów dostarczających nasze paczki, opiekunek i sprzątaczek, a nie polską wersję programu Żony Hollywood.

Polak z Ukrainy jest lekturą naszych czasów. Czyta się ją z przyjemnością, ale także z niedowierzaniem, jak oglądanie w sieci, podrasowanych zdjęć z egzotycznych wakacji. Jest zbyt youtobowa i instagramowa. Jest słodko i przeważnie przyjemnie. Dima sprawia wrażenie napuszonego, nawet w tych nielicznych trudnych momentach, o których pisze. Książka, o której za rok, dwa, a może i wcześniej, nikt już nie będzie pamiętał.

Wydawnictwo W.A.B., 2019


(Visited 84 times, 1 visits today)