Iza Michalewicz

Zbrodnie prawie doskonałe. Policyjne Archiwum X

Najciekawsze historie pisze samo życie. Jeśli się ma dobre oko, chłonne ucho i sprawne pióro, nie potrzeba wiele więcej, by napisać dobrą książkę. Iza Michalewicz, reporterka związana od wielu lat z „Dużym Formatem”, laureatka Grand Press, już po raz któryś udowadnia że posiada każdą z tych cech. Nie od dziś wiadomo też, że Iza lubi niełatwe tematy. Ze swoją najnowszą książką przechodzi na kolejny poziom trudnych treści.

W przeciwieństwie do poprzedniej książki Izy Michalewicz, która była zbiorem w większości publikowanych wcześniej reportaży, Zbrodnie prawie doskonałe były pisane od razu z myślą o książce. I to nie jednej, jak wskazuje powszechnie znany skrót, C.D.N., zamykający epilog. Bardzo dobrze, gdyż każda z ośmiu, opisanych tu historii to temat na odrębną książkę. A ile takich niewyjaśnionych zbrodni wciąż czeka na rozwiązanie?

Zbrodnie prawie doskonałe przypominają trochę popularny serial „American Crime Story”. Zwłaszcza rozdział poświęcony zabójstwu Piotra Jaroszewicza, byłego premiera, i jego żony. Podobnie jak sfabularyzowane historie najgłośniejszych morderstw w Stanach Zjednoczonych, hipnotyzuje czytelnika. Niestety nie da się tej książki przeczytać jednym tchem. Ogromny ciężar emocji, niesprawiedliwości, żalu, strachu, które znajdziemy na kartach książki, a także koszmar popełnionych zbrodni i okropieństw, nie pozwalają przeczytać jej na „jednym posiedzeniu”. Sprawy nie ułatwia też fakt, że poszczególne rozdziały nie tworzą jednej historii. Opowiadają o innych ludziach, kolejnej tragedii. Czytając o zabójstwie pary studentów, siłą rzeczy wczuwamy się w położenie ich bliskich, policjantów, śledczych. Gdy historia kończy się wraz z rozdziałem, trudno jest tak od razu przejść do następnej. Jest to również zaletą książki, gdyż można ją czytać nie po kolej, tylko pojedyncze rozdziały, od końca do początku i na odwrót, albo jeszcze według innego klucza. Co komu do głowy przyjdzie.

Krew w żyłach mrożą opisy sztubackich wręcz błędów, niedociągnięć, przeoczeń, jakich dopuszczają się śledczy i prokuratorzy. Iza Michalewicz poświęca im wiele miejsca. Przerażają bardziej niż dokładne opisy brutalnych zbrodni, przemoc i patologia, towarzyszące bohaterom reportaży, bowiem czynią cierpienie opłakujących ofiary bardziej dotkliwym. Autorka książki, jak i zaangażowani w śledztwa policjanci, nie pozostawiają nam złudzeń. Nasz obecny aparat ścigania przypomina stary, radziecki odbiornik telewizyjny, który złowieszczo buczał, i trzeba go było czasem kopnąć, by zaczął działać tak jak powinien.

Jak wynika ze Zbrodni prawie doskonałych, niezbędna jest naprawa tego systemu, i to na każdym jego etapie. Nie tylko zmiana procedur, na przykład sposobu rozliczania prokuratorów ze spraw, ale też zmiana mentalności pracowników wymiaru sprawiedliwości, ich podejście do prowadzonych spraw. To ostatnie wydaje się być najtrudniejszym zadaniem. Taki właśnie, jak sądzę, przyświecał cel Izie Michalewicz. W nowej książce wytknąć te ułomności. Autorka stara się też przypomnieć opinii publicznej, oraz tym, którzy tak haniebnie zaniedbali te, i inne śledztwa, że czuwamy, patrzymy im na ręce, że pamiętamy o tych, którzy wciąż nie mogą odejść w spokoju, a sprawcy ich gehenny w dalszym ciągu pozostają na wolności.

To nie jest książka dla wrażliwego czytelnika. Trzeba mieć naprawdę twarde nerwy, by nie dać się pochłonąć tej makabrze. Jeszcze bardziej stalowe nerwy musi mieć Iza, skoro zdecydowała się zmierzyć z tym tematem, i udźwignęła go. Potrójne chapeau bas.

 

 

Wydawnictwo Znak, premiera 28.02.2018

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:


(Visited 232 times, 1 visits today)