Robert Rient

Przebłysk. Dookoła świata, dookoła siebie

Każdy ma jakieś marzenia. Czy będzie to nowy super telefon, wygrana w talent show, czy daleka podróż, albo własny dom w ciekawym miejscu, z zapierającym dech widokiem. Opis realizacji tych marzeń, tego, co nam dało ich spełnienie, zadowolenie czy rozczarowanie, jak wpłynęło to na nasze życie, może być ciekawą lekturą. Pod dwoma warunkami. Musi to być dobrze napisane, a dla czytelnika samo marzenie i jego wykonanie powinno być interesujące.

Podróż dookoła świata albo w jakieś egzotyczne miejsce, staje się jednym z coraz bardziej powszechnych pragnień, co już samo przez się zaprzecza jednemu z twierdzeń, które Robert Rient z upodobaniem powtarza w książce. Skoro marzymy o tak mało przyziemnych rzeczach, jak podróże, w Polsce nie może się żyć aż tak źle, jak autor próbuje nam wmówić. Daleka podróż w celu odnalezienia siebie samego, wsłuchania się w siebie, odkrycia właściwej ścieżki, jest jeszcze bardziej powszechna. Każda, nawet najkrótsza podróż, w jakiś sposób wpływa na podróżującego oczyszczająco, pozwala mu odkrywać nieznane dotychczas elementy swojej osobowości, cechy, o które byśmy siebie nie podejrzewali. I tu pojawia się pytanie, czy faktycznie trzeba objechać świat, by poznać siebie?

Nie. Zwłaszcza jeśli tak jak w Przebłysku, czytamy o tym, jak to autor snuł się bez celu, tracąc całe dnie na plażach, trochę zwiedzając, i kosztując lokalnych przysmaków. Równie dobrze można wyruszyć na mało uczęszczane szlaki w Bieszczadach,  szlakiem orlich gniazd lub inny z miliona pomysłów na wyciszenie i medytację w pięknych warunkach rodzimej przyrody. W międzyczasie Robert rozmyśla nad życiem i całą resztą, a rozmyślania te są dosyć oczywiste, przewidywalne. Spośród tych rozważań, jedyna oryginalna myśl, to pytanie „po co cierpię?”. Jedna, warta zapamiętania myśl, to zbyt mało jak na książkę filozoficzno-podróżniczą.

Druga część Przebłysku, ta stricte podróżnicza, również pozostawia wiele do życzenia. Robert Rient przemierzył kawał świata. Odwiedził wiele krajów i miast, a Przebłysk to raptem nieco ponad trzysta stron, z których to sporą część stanowią interesujące fotografie i zajmujące nieraz pół strony cytaty z innych utworów literackich. Biorąc pod uwagę jeszcze rozmyślania autora, miejsca na relację z podróży pozostaje niewiele. I jest ona bardzo skąpa. Najczęściej czytamy o tym, ile kosztował bilet, w jakich liniach lotniczych, ceny niektórych produktów, a także, w jakim hotelu autor się zatrzymał, a czasem również gdzie i za ile jadł. Krótko, treściwie, jak w reklamie albo w artykułach z National Geographic Traveler, czyli bez polotu, bez kolorów i bez życia. Swoje wrażenia z odwiedzin w kolejnych pięknych miejscach pisarz wzbogaca często o zbyt osobiste wyznania. Zdradza drobne szczegóły ze swojego życia, które nie mają żadnego związku z tym, co aktualnie przeżywa. Te fragmenty, w których Rient opowiada trochę o lokalnej historii czy wierzeniach, brzmią znów bardzo podręcznikowo i encyklopedycznie.

Przebłysk Roberta Rienta jest nudny. Przebłysków i fajerwerków brak, a jedyne co czasem błyska podczas lektury książki, to myśl, kiedy ona się skończy, i będzie można z czystym sumieniem sięgnąć po inny tytuł. Jeśli jednak lubi się takie literackie selfie i „tu byłem”, to książka może się podobać.

Wydawnictwo Wielka Litera, 2018

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:


(Visited 64 times, 1 visits today)