Przemysław Skokowski

Autostopem przez Atlantyk i Amerykę Południową

Mam wielki szacunek dla Przemka Skokowskiego. Za to co robi, a w zasadzie robił, bo jak napisał w lutym tego roku na swoim blogu, porzucił podróżowanie i pisanie, za to że swoją przyjemność łączył zawsze z jakimś szczytnym celem. Za odwagę i otwartość, zarówno w podróżowaniu i nawiązywaniu nowych znajomości, jak i w mówieniu o swojej wierze bez strachu i wstydu. „Autostopem przez życie”, pierwszą książkę Przemka, pochłonąłem w kilkanaście godzin. Po Autostopem przez Atlantyk spodziewałem się że wciągnie mnie tak samo jak jej poprzedniczka.

Tym razem, jak już sam tytuł wskazuje, autor wędrował w przeciwnym kierunku, na południe Europy, przez Atlantyk do Ameryki Południowej. Świetna trasa, zwłaszcza przejście Camino, nad czym czasem sam się zastanawiam. Po prostu podróż marzeń. Już na samym początku jednak można odczuć niedosyt. Trasie około 900 kilometrów, jaką Skokowski przebył pieszo do Santiago De Compostela, autor poświęca zaledwie kilkanaście stron. Tak potężny kawał drogi, widoki, spotykani ludzie, no i oczywiście przeżycia, przygody. Nie chce się wierzyć że idąc przez pół Europy, nie przytrafiło się nic poza obtarciami i pęcherzami. Co prawda Przemek wspomina o kilku napotkanych osobach, ale jest tego za mało, a Camino  to przecież temat na osobną książkę. Czuje się niedosyt, który rośnie wraz z kolejnymi rozdziałami. Opis podróży jachtem, z krótką przerwą na długie podchody by załapać się na kolejny, były na tyle nużące, że kilkakrotnie trzeba było odpędzać natrętne myśli „zostaw tę książkę” lub „czy to na pewno napisał Skokowski?”. Ciekawiej robi się dopiero w momencie gdy podróżnik dociera do Ameryki Południowej, i faktycznie zaczyna łapać stopa, choć nie zawsze, bo tu i ówdzie zdarza się autobus, samolot. Ta część książki zaczyna w końcu przypominać to co znamy z poprzedniej. Wciąż czegoś jednak brakuje, a obecne jest natomiast to, czego wcześniej nie było. Zmęczenie, znużenie, zdecydowanie mniejsza frajda z wędrówki, i ogólnie lekki marazm. Sam autor zresztą wspomina w epilogu że nie czuł się tak dobrze wróciwszy z tej wyprawy, jak po przemierzeniu Europy i Azji. Jest w tej książce coś jeszcze, coś co sprawia że w porównaniu ze swoją poprzedniczką zyskuje na plus. Poznajemy nowe, prawdziwsze i ciekawsze  oblicze Przemka, nie grzecznego studenciaka, androida czy kosmity, który idzie przez pół świata, wszystko gładko mu wychodzi, niemal bez niebezpiecznych przygód dociera prawie do celu, i co najważniejsze, któremu cały czas coś się chcę. Tym razem Skokowski przeklina, pije alkohol (dosyć często), leczy kaca, wiele rzeczy mu się psuje, nie wychodzi, no i łapie lenia!

Po lekturze „Autostopem przez życie” już się pakowałem, brałem bezpłatny urlop i nawet napisałem do Przemka Skokowskiego maila, zapewne jednego z wielu, z zapytaniem o możliwość przyłączenia się do jego kolejnej wyprawy. Druga, i wiele wskazuje na to że ostatnia, książka młodego podróżnika zdecydowanie zawodzi oczekiwania podkręcone przez samego autora. Niedosyt to nie wszystko co pozostało po Autostopem przez Atlantyk. Czytelnikowi udziela się ta niepełne zadowolenie, odrobina niechęci, i myśl że może lepiej zostać w domu, w końcu brzydka jesień za oknem, a za rok wykupić jakiś all inclusive, i spalić się nad hotelowym basenem.


(Visited 63 times, 1 visits today)