Refleksje nad rynkiem książki

Wczoraj zakończyły się 26 wrocławskie Targi Dobrych Książek, tym samym zamykając targowy rok. Za chwilę w mediach i w blogsferze spodziewać się można wysypu relacji,  wychwalających, ale zapewne też krytykujących. Ja nie napiszę jednej z nich, gdyż pojawiłem się na tej imprezie dosłownie na chwilę. Nie mam zatem materiału poglądowego, by pisać o targach całościowo. Błyskawiczna wizyta w Hali Stulecia, i bardzo ciekawa rozmowa z twórcami wydawnictwa Claroscuro, skłoniła mnie jednak do kilku przemyśleń, także na temat targów książek, nie tylko wrocławskich, i sytuacji na rynku książki w Polsce.

Pierwsze co można było zobaczyć, wchodząc do Hali Stulecia, to jarmarczno – odpustowe stoiska, szumnie nazwane Targami Wszystkiego Dobrego. W rzeczywistości było to mydło i powidło. Dosłownie, bowiem można było kupić mydełka, coś do przekąszenia, kubeczki, duperelki, a nawet płyty winylowe. Przypominają się ostatnie miesiące poprzedniego wcielenia Świata Książki, gdy oprócz literatury, w ofercie można było znaleźć zastawy stołowe, garnki, pościel i pełno gadżetów. Świat Książki ratował się w ten sposób przed upadkiem, ale w niczym to nie pomogło. Księgarnia zniknęła na długie lata z rynku. O czym to świadczy w przypadku wrocławskiej imprezy? Że nie jest dobrze, skoro razem z książkami sprzedaje się naczynia. Umniejsza to rangę wydarzenia, odbiera prestiż wydawcom, którzy (nie wszyscy) nie kryli niezadowolenia z faktu wrzucania ich do jednego koszyka z producentami mydełek zapachowych. Odciągało to również uwagę odwiedzających od stoisk wydawców. Sam prawie kupiłem płytę winylową. Powstrzymała mnie tylko niemożność płacenia kartą. Czy to samo miało miejsce na innych targowych imprezach w kraju? Co będzie za rok? Połączymy targi z Fashion Week i festiwalem food trucków? Wtedy z pewnością frekwencja będzie zwielokrotniona.

Druga kwestia, która od kilku dni nie daje mi spokoju, jest głośna jeszcze niedawno sprawa ustawy o jednolitej cenie książek. Nie zabierałem dotąd głosu w tej sprawie, gdyż książkowy rynek jest mi od tej strony słabo znany. Pamiętam jednak czasy, gdy pracowałem w księgarni, która do małych i lokalnych nie należała, ale z molochami w postaci Empiku równać się nie mogła. W Empiku kolejki ciągnęły się w siną dal, tymczasem w mojej księgarni hulał wiatr. Mojej księgarni dziś już nie ma, a to, między innymi, efekt tego, że nigdy nie mogliśmy pozwolić sobie na takie rabaty jakie otrzymuje się u gigantów książkowej sprzedaży. Wspomniana ustawa idealna nie jest, ale zawsze to jakiś kroczek, ruch w kierunku poprawy sytuacji. Rozpętała się niestety burza wokół tego projektu, którą z sukcesem podkręcali blogerzy książkowi. Juan Diego, jeden z założycieli wydawnictwa Claroscuro, porównał to co dzieje się na polskim rynku wydawniczym i księgarskim, do nowotworu. Obecnie najskuteczniejszym lekiem na raka jest chemia. Pacjenci wiedzą że chemia też szkodzi i ma skutki uboczne, ale skoro nie ma innego rozwiązania, decydują się na nią. Wspólnie stwierdziliśmy że warto spróbować, zamiast siedzieć z założonymi rękami, i patrzeć jak małe księgarnie znikają. Co ciekawe, i bardzo smutne, wielu blogerów wieszało psy na wspomnianej ustawie, a teraz zachwyca się akcjami promującymi i wspierającymi małe księgarnie, samemu (lub samej), nie kupując książek nawet w molochach. Obłuda aż wali po oczach.

 

Pozostając w temacie książkowych blogerów, i ich kontaktów z wydawnictwami, również jest nad czym uronić łzę, lub z zażenowania odwrócić głowę. O tym jak większość wydawców traktuje nas, blogerów książkowych, pisano już niejednokrotnie. Masowe maile, przez pracowników działów promocji wysyłane bezrefleksyjnie, metodą kopiuj wklej (ostatnio dostałem maila zaczynającego się od „droga Pani Natalio”), brak rozeznania u tych państwa, w tym jaką tematyką książek parają się dani blogerzy, to rzecz powszechnie znana.  Oczywistą oczywistością jest fakt, iż w większości przypadków jesteśmy dla nich tylko darmową siłą roboczą i przestrzenią reklamową. Liczy się tylko by o książce było głośno, a to zwiększy sprzedaż i zyski. Najlepiej widać to na Instagramch, Facebooku, ale też i na samych blogach, gdzie, mniej więcej w tym samym czasie, pojawiają się dziesiątki zdjęć, prezentujących te same, koszmarne „stosiki”. Dla wydawców, którzy do czegoś takiego dopuszczają, i dla blogerów, którzy się na to godzą bez mrugnięcia okiem, literatura staje się fast foodem.  Książka nie jest produktem spożywczym, i nie ma daty przydatności. Jest co prawda towarem, który trzeba sprzedać, a wydawnictwo musi mieć jakieś zyski, by mogło się utrzymać i wydać kolejne tytuły, ale na miłość Boską, traktujmy pisarstwo jako sztukę, a książki jako dzieła sztuki. I odrobinę więcej życia w tym wszystkim. Nie jesteśmy botami, które przyjmą wszystko, co nam wystukacie na swoich klawiaturach. Więcej zdziałacie, drodzy pijarowcy w wydawnictwach, kontaktując się z nami osobiście, pisząc do konkretnego człowieka, a nie do bezpłciowej i bezkształtnej masy.

Wydawniczo – księgarska apokalipsa jeszcze nie nadeszła, choć jest już bardzo blisko. Całe szczęście są jeszcze ludzie, którzy do pracy z książką podchodzą z sercem i pasją. Niestety, najczęściej są to przedstawiciele, pracownicy niewielkich wydawnictw, jak na przykład Pani Agnieszka i Juan Diego z Claroscuro, Pani Magdalena z Książkowych Klimatów, albo , Pani Monika z Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Do literatury i czytelnika podchodzą z pasją i sercem.  Z partnerem, jakim dla wydawcy jest bloger książkowy, nawiązują prawdziwą relację, która z czasem ze strefy wirtualnej przenosi się do świata realnego, owocuje spotkaniami, ciekawymi, pobudzającymi kreatywność rozmowami. Od nich powinna uczyć się zdecydowana większość wydawców i organizatorów imprez takich jak targi książek. Szanujcie nas, szanujcie czytelników, a przede wszystkim szanujcie literaturę.

 

 

 

 

 


(Visited 102 times, 1 visits today)