Robert Rient od kuchni

Robert Rient uchyla rąbka tajemnicy, którą skrywa jego warsztat pisarski. Wspomina z kim się nie identyfikuje, i dlaczego. Opowiada też o muzyce, książkach i filmach, które są dla niego ważne. I jeszcze o kilku istotnych sprawach.

Oczytany Facet: Czytając twoje powieści, można odnieść wrażenie,  że nie identyfikujesz się ze środowiskiem LGBT. Jaki jest twój stosunek, jako osoby homoseksualnej, do literatury LGBT?

Robert Rient: W „Duchach Jeremiego”, mojej ostatniej powieści, jedną z postaci jest Estera, lesbijka, która połowę życia spędziła ze swoją ukochaną. W autobiograficznym „Świadku” jednym z głównych wątków jest ukrywanie się ze swoim homoseksualizmem, ujawnienie się bliskim, współpracownikom, a ostatecznie wszystkim innym. Bo przecież w „Świadku” dokonałem publicznego coming outu. Opisałem tam relację ze swoją narzeczoną i relację z pierwszym facetem, do tego pierwsza masturbacja, pierwszy seks, pierwsza wizyta w gejowskim klubie – odsłoniłem spory fragment życia. Nie identyfikuję się z żadną grupą, zarówno wegan, dziennikarzy czy osób LGBT – nie znajduję w sobie takiej potrzeby. Literaturę natomiast dzielę zazwyczaj na tę, którą mi się świetnie czyta i tę, która mnie męczy.

OF: W „Chodziło o miłość” piszesz o zaburzeniach emocjonalnych i psychicznych, o samotności i poszukiwaniu miłości. W „Duchach” natomiast o stracie, radzeniu sobie z nią, o pogubieniu i rodzinnych traumach. Skąd taka poważna, przygnębiająca tematyka?

RR: Kusi mnie by powiedzieć – z życia i zamilknąć. Nie przeczytałem jeszcze dobrej powieści o szczęściu, to wymaga obecności i nie potrzebuje opisu. Historie lepi się z pragnień, spotkań i nie-spotkań, z utraty, trudności i

foto. Magda Kuc

prób radzenia sobie z nimi, z nietuzinkowych postaci, albo zwyczajnych, ale autentycznych, noszących w sobie jakąś skazę, dążenie, pewnego rodzaju niemoc albo nadwyżkę. Równowaga jest nudna pod względem fabularnym. Ale samotność czy poszukiwanie miłości nie jest moim zdaniem poważną, przygnębiającą tematyką.

OF: Ile w twoich powieściach jest Ciebie, twojego życia, a ile fikcji?

RR: Nawet gdybym potrafił to obliczyć, albo wskazać – nie chcę.

OF: Jak tworzysz fabułę? Czy masz ogólny zarys, czy najpierw pojawia się jakiś szczegół, a reszta obrasta go w trakcie pisania?

RR: Gdy zaczynałem pracę nad „Duchami Jeremiego” najpierw pojawił się dwunastoletni chłopiec,wiedziałem jak wygląda, jak się porusza, co czuje, wiedziałem, że ma na imię Jeremi, a jego mama choruje na raka. To był początek, razem z Jeremim odkrywałem jego żydowską rodzinę i razem z nim przeżywałem pogłębiającą się chorobę mamy. Przy „Świadku” od początku znałem całą historię, w końcu to autoreportaż – wyzwaniem było ująć dwadzieścia pięć lat życia w organizacji świadków Jehowy, w atrakcyjną dla czytelnika formę. Z kolei przy „Chodziło o miłość” punktem wyjścia był szpital psychiatryczny – bliska mi osoba spędziła w różnych szpitalach psychiatrycznych część swojego życia. Pamiętam moment, w którym wyszedłem z takiego szpitala z poczuciem pustki, tęsknoty, chciałem wrócić, położyć się na łóżku i przestać podejmować jakiekolwiek decyzje, oddać się innym, albo raczej poddać swoje życie.

OF: Każdy ma swój sposób pisania, pracy nad tekstem. Jak wygląda twój proces twórczy? Piszesz na przykład o określonych porach dnia, albo konkretną liczbę zdań, stron dziennie?

RR: Zazwyczaj pracuję od rana przez cztery, pięć godzin. Wyłączam telefon, Gmaila i Facebooka. Włączam muzykę – jedną płytę, którą odtwarzam raz za razem, aż przestaję ją słyszeć. Dźwięki pozbawione wokalu, bo ten jest zbyt rozpraszający, sugerujący. Celem jest pisać, czasami kończy się na stronie, czasami na jednym zdaniu, czasami tylko skreślam co napisałem poprzedniego dnia.

OF: Co Ciebie inspiruje?

RR: Pytanie, na które chce mi się znaleźć odpowiedź.

OF: Jacy artyści, pisarze, muzycy, twórcy wszelakiego rodzaju, mają na Ciebie wpływ?

foto. Magda Kuc

RR: Wszelkiego rodzaju? To jest stale zmienne. Przyjaźnię się z Melą Koteluk, która co chwilę podrzuca mi ciekawe nazwiska muzyków. Zresztą muzyka towarzyszy mi stale, Max Richter, Ludovico Einaudi, ale też Moderat, Archive, Apparat, czy Anohni. Polska scena też bardzo ciekawa, Fismoll, Nosowska, Natalia Przybysz, Zamilska. Właśnie skończyłem genialną książkę Marcina Wichy „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”.  Moje myśli krążą wokół ważnego i świetnie opowiedzianego filmu dokumentalnego „Nie jestem twoim murzynem”, porażający. Komiksy Raczkowskiego wybijają mnie z zatwardzenia myślowego, podobnie „Wycinki w termosie” Małgosi Koniecznej, ale czy to jest wpływ? Wystawa zdjęć Gordona Parksa w warszawskiej Zachęcie była jedną z lepszych lekcji reportażu. Proza Elizabeth Strout czy Michaela Cunninghama ma, czy raczej miała na mnie wpływ, „Szatańskie wersety” Salamana Rushdiego wciągnęły mnie na długie godziny, podobnie „Bóg rzeczy małych” Arundhati Roy, ale wpływ mają na mnie również idealne pierogi mojej mamy i nasze wspólne rozmowy. Nie, tak się nie da, to pytanie wyklucza udzielenie zwięzłej i sensownej odpowiedzi.

OF: Piszesz też reportaże. Co jest łatwiejsze, pisanie powieści czy praca nad reportażem?

RR: To odmienne formy pracy. W reportażu research bywa najbardziej ekscytującą i wymagającą częścią pracy. Spotkania z bohaterami, poznawanie miejsc, czytanie dokumentów, książek, zbieranie materiału, pytań, świadectw. Praca nad powieścią pozbawiona jest ograniczeń, daje autorowi więcej wolności, ale stawia przed nim wymóg większej samodzielności w stwarzaniu świata. A w pewnym momencie ta wolność musi się również okazać ograniczona osobowością bohaterów, ich kryzysami, dążeniami, a w końcu samą historią.

OF: Ostatnio kilka osób związanych z rynkiem książki, wyraziło swoją niechęć do literatury faktu. Czy według Ciebie polski reportaż ma się dobrze?

RR: Nie tyle dobrze, co znakomicie. Hanna Krall, Mariusz Szczygieł, Magda Kicińska, Kasia Surmiak-Domańska, Ewa Winnicka, Piotr Nesterowicz, Cezary Łazarewicz, Magda Grzebałkowska, Ula Jabłońska, Włodek Nowak, Marcin Kącki, Ludwika Włodek, Justyna Kopińska, Małgorzata Szejnert, Artur Domosławski, a to tylko nieliczni z wybitnych. Dyskusja wokół literatury faktu dotyczyła sporu na temat dowolności w sposobie opowiadania wydarzeń, wierności – czy ta ma zdominować formę. Niedawno przeczytałem genialny reportaż Jona Krakauera „Wszystko za Everest”, który w swojej formie zdaje się być odpowiedzią na ową dyskusję.

OF: Czy w dzieciństwie, jako nastolatek, czytałeś książki, czy dostęp do lektur innych niż Pismo Święte  i szkolne lektury był ograniczony?

RR: Czytałem, pomimo zaleceń by ograniczyć się do lektury Biblii, „Strażnicy”, „Przebudźcie Się!” i innych publikacji świadków Jehowy

OF: Ulubiony autor i książka z dzieciństwa?

RR: „Zew krwi” Jacka Londona i „Szara wilczyca” James Oliver Curwood.

OF: Kiedy zrozumiałeś że będziesz pisać?

RR: Kusiło mnie od podstawówki i marzyłem o maszynie do pisania. Gdy dostałem ją od rodziców zacząłem pisać pierwsze, zdecydowanie żałosne opowiadania i wiersze.

OF: Jak znosisz słowa krytyki? Czytasz w ogóle recenzje swoich książek?

RR: Przy pierwszych książkach nie tylko czytałem, ale zaczynałem dzień od wyszukiwania nowych recenzji. Teraz czasami czytam recenzje, a czasami tylko sprawdzam czy jest ona pozytywna, czy negatywna. Bycie ocenianym jest wpisane w tę pracę, za dobrą recenzją w poczytnej prasie idą kolejne, sporo osób kopiuje to co napisał kolega, koleżanka. Podobnie jest z recenzją negatywną. Jak znoszę? Tak jak bycie pogłaskanym po głowie lub kopniętym w nogę. Przyjemność i ból mija, nie widzę sensu w przywiązywaniu się. Pisarka Magdalena Tulli w książce „Jaka piękna iluzja” powiedziała: „życie literackie to las, po którym chodzą zwierzęta leśne i myśliwi ze strzelbami. I nagle widzę, że oni do mnie celują”. ‚=

OF: Sytuacja książki w Polsce jest kiepska. Mam nieodparte wrażenie, że sporą część winy za to ponoszą sami wydawcy. Jak Ty to widzisz? Czy można coś zrobić by poprawić tę sytuację?

foto. Magda Kuc

RR: Nie wiem skąd ta diagnoza. Żyję z pisania, zarówno książek jak i tekstów dziennikarskich. To nie jest dla mnie kiepska sytuacja. Spotykam się z czytelnikami, dostaję od nich listy, moi bliscy czytają. Wydawcy i piszący chcieliby aby więcej osób czytało, a muzycy chcieliby aby więcej ludzi chodziło do filharmonii, na koncerty i kupowało płyty. Nie czuję się kompetentny by wykładać  co zrobić by zwiększyć poziom czytelnictwa, ale nie poszukiwałbym winy w wydawcach – wielu z nich dwoi się i troi, by zainteresować czytelników dobrą literaturą.

OF: Miałeś jakieś obawy przed publikacją „Żadnej krwi” i „Świadka”?. Wahałeś się czy to zrobić?

RR: Dzień przed publikacją reportażu „Żadnej krwi” w Dużym Formacie solidnie się upiłem, właśnie z lęku. Bardzo chciałem opowiedzieć tę historię, próbowałem zresztą to zrobić od dziesięciu lat, ale nie umiałem znaleźć sposobu, który byłby pozbawiony oskarżania, użalania się, poszukiwania winnych, piętnowania. Po reportażu odezwały się do mnie cztery wydawnictwa z propozycją wydania książki. Tak powstawał „Świadek” i jeszcze więcej wątpliwości – również o bliskich mi ludzi, o których zdecydowałem się opowiedzieć nie zawsze w pozytywnym świetle. Czasami odczuwałem wstyd przy samym pisaniu o tym, o czym nie wiedział nikt lub nieliczne grono najbliższych. Było sporo wątpliwości, również tych dotyczących formy książki – jestem wdzięczny Mariuszowi Szczygłowi, pierwszemu czytelnikowi, który miał dla mnie ciekawe uwagi.

OF: Czy trudno było zerwać ze środowiskiem Świadków Jehowy?

RR: Bardzo. To była utrata całego znanego mi świata, wielu ludzi, większości rodziny, ale również Boga, wiary, przekonań. Ale za trudniejsze uważałem pozostanie w patriarchalnym, homofobicznym i dusznym świecie tej religii. Szczegółowo opisałem to w „Świadku”.

OF: Znam kilka osób, które również wychowały się w tej wierze. Dzisiaj są dalekie od niej, ale wciąż mają bardzo dobry kontakt z rodziną. Jak to wygląda u Ciebie?

RR: Mam bliski kontakt z nieliczną częścią rodziny. To nie tylko szczęście, ale również autentyczne, przyjacielskie i jedne z najważniejszych dla mnie relacji.

OF: Jakie plany zawodowe na 2018 rok?

RR: Jestem w trakcie spotkań z pewnym aktorem, powszechnie znanym, który przez wiele lat ukrywał się ze swoją dramatyczną, niezwykle poruszającą historią. Dawno nie byłem tak wciągnięty w drugiego człowieka. Rozmowy zmienią się w książkę, która najpewniej pojawi się późną wiosną. Pracuję również nas książką o mojej podróży dookoła świata – przez Syberię, Malezję, Nową Zelandię, Peru i las amazoński aż po Wyspę Wielkanocną. Ale nie będzie to tak zwana książka podróżnicza, chcę opowiedzieć o znacznie ważniejszej, wewnętrznej podróży.

 

Robert Rient ur. 1980 r. w Szklarskiej Porębie. Dziennikarz i pisarz. Autor powieści „Chodziło o miłość”, reportażu „Świadek” (2015) przetłumaczonego na język angielski i wydanego w Ameryce (2016). Właśnie pojawiła się jego najnowsza powieść „Duchy Jeremiego”. Pracował jako wykładowca, trener umiejętności interpersonalnych i prezenter radiowy.