Guy Delisle

Kroniki Birmańskie

Komiks opowiadający o absurdach Birmańskiej rzeczywistości? Czemu nie. Guy Delisle, pochodzący z francuskiej Kanady twórca komiksów, znany czytelnikom z kultowych już „Kronik Jerozolimskich” i „Pjongjang”, tym razem wybrał się w podróż do Birmy. Towarzyszy swojej żonie, Nadege, która do Birmy pojechała w ramach projektu lekarze bez granic, na roczny kontrakt. Oprócz opieki nad synkiem Louisem, w której wspiera go niania i stróż, oraz prac nad kolejnym albumem, Guy nie ma zbyt wielu obowiązku. Wolny czas przeznacza więc na zwiedzanie i próby zrozumienia tego przedziwnego kraju.

Wraz z synkiem przemierza ulice Naypyidaw, odwiedzając centra handlowe, kafejki internetowe, restauracje, dzielnice biedy, wille innych repatriantów i luksusowe, elitarne kluby, przeznaczone tylko dla białych pracowników misji humanitarnych i dyplomatów. Z trudem dostosowuje się do warunków atmosferycznych. Nieco łatwiej przychodzi mu przystosowanie się do obyczajów i kultury tubylców. Nie wszystko jednak jest dla niego takie oczywiste. Guy jest ewidentnie zagubiony w tym nowym, dziwacznym świecie, zarówno wśród rodowitych mieszkańców, jak i repatriantów. Widać to zwłaszcza na samym początku pobytu w Mjanmie (tak też jest nazywana Birma), gdy próbuje się włączyć w rozmowy koleżanek i kolegów Nadege, albo na spotkaniach baby group, gdzie oprócz niego nie ma żadnego innego ojca, a wszystkie mamy wywodzą się z wyższych urzędniczych i dyplomatycznych sfer, traktując go trochę jak maskotkę. Jest na uboczu, i to właśnie pcha go na ścieżkę, którą codziennie wydeptuje w drodze do lepszego zrozumienia Birmańczyków.

I udaje mu się to w znacznie większym stopniu niż pracownikom misji humanitarnych. Scena w której Guy rozmawia z jednym z nich o potencjalnym opuszczeniu Birmy przez organizację jego żony, pokazuje prawdziwą twarz wielu tego typu organizacji,  dla których dobro podopiecznych nie zawsze jest nawet na drugim, trzecim miejscu w hierarchii priorytetów.

Birma to przedziwny kraj, jak to bywa w państwach rządzonych twardą, bezwzględną ręką. Ze względu na swoją historię, ojczyzna Aung San Suu Kyi przoduje na tym polu. Wszędzie widoczne są ślady czasów kolonialnych. Piękne wille i pałace, sąsiadują z architektonicznymi koszmarami, a kawałek dalej wchodzimy w starówkę typową dla dalekowschodniej architektury.  Odcięcie od większości  zachodnich wzorców kulturowych, powoduje że to co jednak przedostaje się do kraju, jest często wypaczone. Powstaje chaos, w efekcie którego pacyfistyczna młodzież, najczęściej dzieci członków władających krajem wojskowych, noszą koszulki ze swastyką, kupowane za bajońskie kwoty. Możesz ze spokojem zostawić otwarty dom, wybrać się na samotny nocny spacer, i nikt, poza dzikimi psami, nie zrobi ci krzywdy, ale wszędzie szerzy się prostytucja, narkomania, HIV i AIDS, a w niektórych regionach zamiast wypłaty, pracownicy otrzymują działkę.

Guy opowiada nam swoją przygodę z poznawania Birmy krótkimi historyjkami, w większości tylko odrobinę dłuższymi niż gazetowe paski komiksowe. Jego kreska  jest umowna, trochę karykaturalna,  przypomina nieco tę znaną z przygód Dillberta. Połączenie takich strip-ów ze stylem autora, i  charakterystycznym poczuciem humoru, początkowo daje dziwny efekt. Widzimy Birmę jako kuriozalne, bardziej zabawne niż przerażające miejsce do spędzenia fajnego urlopu. Dopiero z czasem, z kolejnymi rozdziałami, przychodzi otrzeźwienie. Autor coraz wyraźniej dostrzega nędzę, rozpacz i rezygnację autochtonów. Dokładnie tak jak przebiega poznawanie nowego otoczenia, gdy trafiamy gdzieś po raz pierwszy. Zanim miejsce, a co ważniejsze ludzie, otworzą się przed nami, zanim zaczniemy zauważać coś więcej poza tym co chce się nam pokazać, musi upłynąć trochę czasu. Choć jak widzimy w ostatnich kadrach komiksu, całkowicie zrozumieć Birmy i jej mieszkańców, nie udało mu się nigdy.

Kroniki Birmańskie to bardziej dziennik, reportaż z podróży, niż komiks w potocznym tego słowa rozumieniu. Zabawny, poruszający, dający do myślenia. Guy Delisle od lat udowadnia że komiks nie jest tylko głupawą rozrywką dla ćwierć inteligentów, ale sztuką przez prawdziwe, duże Sz.

Kultura Gniewu, 2017


(Visited 34 times, 1 visits today)