Liliana Hermetz

Rozrzucone

Najlepsze historie pisze życie, a my je tylko spisujemy lub budujemy wokół nich swoją własną, pozlepianą z odłamków innych opowieści. Taką mozaiką jest właśnie powieść Liliany Hermetz, Rozrzucone, która przywołuje wspomnienie mieszkania mojej babci i wielkiego lustra na wprost drzwi wejściowych. Ozdabiał je wianuszek zdjęć i pocztówek powtykanych za grubą, drewnianą ramę. Urywki różnych narracji, z różnych czasów i miejsc, tworzących wartki strumień życia. Ale możliwe, że tylko ja tak to zapamiętałem.

Liliana Hermetz porusza temat bliski chyba nam wszystkim, choć z pewnością nie każdemu w ten sam sposób. To burzliwa, gwałtowna historia dwudziestego wieku, która jedną rodzinę rozrzuciła po świecie, dzieląc na różne narodowości. Gwałt dziejów wkracza brutalnie w tę rodzinę, której relacje polsko-ukraińskiego pogranicza, ale też granicy uczuciowej, gdzie po stronie niekochania pozostaje to co uznano za niemoralne i obce, i tak są już dosyć skomplikowane. Lata mijają, ale żal, choć przytępiony przez czas pozostaje i jest wyraźnie wyczuwalny.

Opowiadana przez Hermetz, obejmująca kilkadziesiąt lat saga rodzina, przypomina album pełen zdjęć, listów, pamiątek po minionych wydarzeniach i ludziach, którzy przeminęli razem z nimi. Wydaje się, że są one umieszczane na kolejnych stronach dość przypadkowo, ale faktycznie są skrupulatnie uporządkowane według emocjonalnej wartości, innej dla każdego z bohaterów. To uczuciowe zabarwienie sprawia też, że każdy inaczej zapamiętał to co się wydarzyło.

Ten brak chronologii wymaga od czytelnika maksimum skupienia. Chaos w Rozrzuconych jest tylko pozorny. Kolejne odsłony rodzinnych dziejów zazębiają się ze sobą i układają w jedną, klarowną całość. Jak w grze w bilard, każde uderzenie w bilę powoduje ruch kolejnych i kolejnych, nie zawsze w tym kierunku, który bohaterki Hermetz uznaliby za właściwy. Nic nie jest tylko białe albo tylko czarne i żadnego z bohaterów nie jesteśmy w stanie potępić.

Rozrzucone to powieść o kobietach, którym, czy tego chcemy, czy nie, wciąż przypada rola tych, które spajają rodziny. Łączą je ponad politycznymi, mentalnymi, kulturowymi i geograficznymi granicami. Nie jest to z pewnością ponure rozliczenie z przeszłością. Nikt tu nie wystawia rachunku ani swoim bliskim, którzy nierzadko krzywdzili najmocniej, ani tym bardziej historii, nieposiadającej początku i końca, ani ciała, w które można by wbić swój żal.

Jest za to bardzo swojsko i sentymentalnie. Czytając Rozrzucone można poczuć się jak u siebie, na jednym z licznych rodzinnych zajazdów, gdy mieszają się ze sobą skrępowanie, radość, czułość, niekiedy także z odrobiną niechęci. Jednak gdy narracja przenosi nas do zimnego wagonu, wywożącego Marysię na roboty do Niemiec, i potem gdy już jako Irene mieszka w Alzacji, gdzie wychowuje dzieci i prowadzi restauracje, coś niemal niezauważalnie się zmienia. Wraz z bohaterką i kolejnymi odwiedzającymi ją krewnymi z Polski i Ukrainy, czujemy się nieswojo, obco, nie na miejscu.

Liliana Hermetz napisała piękną, misternie skonstruowaną powieść, z którą trzeba obchodzić się bardzo delikatnie. Jej wyjątkowość może umykać podczas lektury, ale gdy doczytamy już do końca, dostrzeżemy ją w pełni. Niektóre fragmenty tej prozy mogą pozostać z nami na długo, aż do momentu gdy znów po nią sięgniemy. Bo jest to powieść, którą należy przeczytać kilkakrotnie, w dłuższych odstępach czasu, na różnych etapach życia. Z pewnością za każdym razem odkryjemy w niej coś innego.

Wydawnictwo Literackie, 2021

 

(Visited 62 times, 1 visits today)

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.