Sabri Louatah

Dzikusy Tom II

Tom drugi cyklu Dzikusy jest zdecydowanie lepszą książką, niż jego poprzedniczka, choć autorowi nie udało się wyzbyć pewnych swoich złych nawyków. Przede wszystkim w części drugiej w końcu coś się dzieje. Zaczęło się już na ostatnich stronach tomu pierwszego, i z każdą stroną, rozdziałem rozkręca się. Akcja nabiera tempa, i proza  Sabri Louatah faktycznie wciąga czytelnika,  nie pozwalając  mu się oderwać od lektury.

Wątek zamachu na arabskiego kandydata na prezydenta, dokonany przez arabskich emigrantów, wydawał się trochę nieprawdopodobny. Poznając jednak kolejne tajemnice związane z tą sprawą i śledztwem, przestaje to być już tak absurdalnym pomysłem, co gorsza, wiele wskazuje że podobna historia mogłaby się wydarzyć w każdej chwili, niemal w każdym europejskim kraju.

Jedna, krótka chwila, w której Karim pociąga za spust, wywołuje lawinę zdarzeń, która z furią demoluje życie wielu osobom. Kraj ogarniają zamieszki, brutalne, choć, o dziwo niemal do końca powieści, bezkrwawe. Płonące samochody i kubły na śmieci, zdemolowane witryny sklepów nie przerażają jednak aż tak bardzo, jak to co dzieje się na szczycie, wśród przedstawicieli służb specjalnych, naszych teoretycznych obrońców. Strażników prawa i porządku.

Sabri Louatah przedstawia sieć naczyń połączonych. Praktycznie wszyscy bohaterowie powieści, którzy dopiero teraz wkraczają na scenę, są ze sobą w jakiś sposób powiązani. Czy to zależność zawodowa, znajomość z czasów studenckich, czy też rodzinne i uczuciowe koligacje. Więzom tym towarzyszy najczęściej zawiść, długo skrywana niechęć, chęć pokazania innym jaką ma się władzę, a przede wszystkim udowodnić konkurencyjnym komórkom, że to właśnie moja jest tą najlepszą i najwłaściwszą. Zakulisowe przepychanki, działanie na granicy prawa, a także poza nią, co może doprowadzić do konfliktów międzynarodowych, przesłaniają bohaterom prawdziwy obraz sytuacji. Atmosfera, jaka towarzyszy francuzom prze kolejne kilka dni od próby zabójstwa Szawisza, przypomina tę, jaka panowała w naszym kraju, w kwietniu 2010 roku. I mam tu na myśli tylko ogromne napięcie, niepewność, wynikające z niecodziennej sytuacji, której nikt nie przewidział, z destabilizacji państwa.

Fakt że za zamachem stoi ktoś z wysoko postawionych francuskich oficjeli, można wywnioskować mniej więcej w połowie książki, nie czytając też krótkiego streszczenia z okładki. Powiązanie wuja Musy, z całą tą historią, a także całkowicie biernej do pewnego momentu babki, również nie będzie dużym zaskoczeniem, choć w tym przypadku nic na to nie wskazywało. Sabri Louatah brakuje trochę subtelności w konstruowaniu literackich intryg.

Problemem, który może mieć ujemny wpływ na odbiór Dzikusów, jest w dalszym ciągu nieumiejętność radzenia sobie z bohaterami. Konwencja w jakiej utrzymana jest powieść, wymaga ogromnej liczby postaci zapełniających wiele planów. W drugim tomie Dzikusów jest ich jeszcze więcej, niż w na weselnej sali w tomie pierwszym. Prefekci, ministrowie, szefowie gabinetu, ochroniarze, policjanci, zastępcy. Z trudem można się zorientować kto jest kim, czyim jest przełożonym, i w kilku przypadkach ich rola w rozgrywającym się dramacie pozostaje niejasna do samego końca. Trochę wymykają się spod kontroli autora.

Dzikusy tom drugi, mimo swojej tematyki, raczej nie trafią do kanonu klasycznej literatury, nie zajmą miejsca obok największych dzieł światowej, ani francuskiej literatury. Sabri Louatah obronił się jednak jako pisarz, i z zaciekawieniem, oraz sporą dawką nadziei będę czekać na tom trzeci.

Wydawnictwo W.A.B., 2017

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:


(Visited 39 times, 1 visits today)