Meral Kureyashi

Słonie w ogrodzie

Słonie w ogrodzie autorstwa Meral Kureyshi to coś pomiędzy Odłamki Ismeta Prcicia, a  Rzeczy których nie wyrzuciłem Wichy. Porównanie z Odłamkami wypada na niekorzyść dla Słonie w ogrodzie. Książka Kureyshi jest podobnie poszatkowana i wymieszana, przeszłość przeplata się z teraźniejszością, a kolejne rozdziały i podrozdziały przypominają urywane myśli. Z tym że u Prcica taka podziurawiona narracja to pozostałość po wojnie na Bałkanach. W Słoniach wojna też jest obecna, to właśnie ona zmusza rodzinę autorki do emigracji, ale pojawia się tylko na marginesie. Nie jest tak wyraźna i namacalna, a przez to osobista historia pisarki traci dużo na tragizmie. Niewiele różni się od losu tysięcy innych emigrantów ekonomicznych.

Podobieństwa do ostatniej książki Wichy natomiast są na plus dla Słoni w ogrodzie. Meral Kureyshi przypomina sobie wspólne chwile, spędzane ze zmarłym. Autorka była bardzo związana z ojcem, i jego odejście zburzyło cały jej świat. Choć autorka nie wspomina o swoim ojcu tak często, jak można by się tego spodziewać, to ładunek emocji, żalu, tęsknoty skryty niemal w każdym zdaniu, jest dużo większy niż u Wichy. Meral wyraźnie też obawia się przyszłości, w której nie ma już taty, a mamą trzeba się już częściej opiekować niż liczyć na jej wsparcie. Strach tym większy, że mimo kilkunastu lat spędzonych w Szwajcarii, bohaterka i jej rodzina wciąż nie mają pełnego obywatelstwa.

Słonie w ogrodzie nie są opowieścią tylko o zmarłym ojcu, i tęsknocie za nim, ale także, a może przede wszystkim, o wykorzenieniu. Odejście któregoś z rodziców zawsze pozostawia w nas poczucie odcięcia od korzeni. W tym przypadku śmierć taty powoduje lawinę wspomnień, tych radosnych i nieprzyjemnych, przeważnie związanych z tym, jak jej rodzina była traktowana przez biurokrację w nowym kraju. Fakt, że potencjalna nowa ojczyzna broni się jak tylko może przed tym, by zostać nią dla nowych przybyszy. Dorosła już bohaterka czuje się obco w rodzinnych stronach, za którymi tak tęskniła. Po części obca pozostaje również w miejscu, w którym obecnie żyje i mieszka.

Słonie w ogrodzie czyta się z lekkością, jakiej nie spodziewalibyśmy się po lekturze książki traktującej o śmierci najbliższych i próbach odnalezienia swojego miejsca, swojej przeszłości. Może nawet zbyt lekko,  gdyż przez debiut prozatorski Meral Kureyshi  przelatuje się trochę za szybko, i powieść nie wywiera na czytelniku takiego wrażenia, jak powinna. Być może podobnej literatury, rozdrapującej wojenno-rodzinne rany, jest zbyt dużo, i my jako odbiorcy już się na nią uodporniliśmy. Jakkolwiek, jest to naprawdę dobra proza. Meral Kureyshi trafia na półkę z bardzo obiecującymi pisarzami.

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2018

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:


(Visited 90 times, 1 visits today)