Jasmyn Ward

Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie

Jasmyn Ward jest obdarzona niewątpliwie wielkim talentem. Żeby zepsuć taką historię, jaką opowiada w Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie, trzeba być szalenie uzdolnionym. Zamiast nagród i wyróżnień, powinna otrzymać sądowy zakaz pisania, a na pewno publikowania tego, co napisała.

Początek książki jest wyborny. Spotykamy Jojo, kilkunastoletniego, czarnoskórego chłopca i małymi kroczkami poznajemy jego dysfunkcyjną rodzinę. Mamcię i tatka, faktycznie jego dziadków, młodsza siostrzyczkę Kaylę, matkę, na którą wszyscy mówią Leonie i Michaela, ojca, białego mężczyznę. Gdzieś w tle majaczą również drudzy dziadkowie, trzymający się z dala, niezadowoleni z wyboru syna. Wydaje się, że ich niechęć ma podłoże rasowe. I faktycznie tak jest, ale czytając dalej, dowiadujemy się, że jest w tym jeszcze drugie dno.

Gdyby Jasmyn Ward poprzestała tylko na tym, opisując życie współczesnej rodziny Afroamerykanów, byłoby świetnie. A przecież to nie tylko uzależnienie od narkotyków i brak instynktu macierzyńskiego Leonie. To również osobiste tragedie poszczególnych członków rodziny, kładące się cieniem na życiu pozostałych. Nieodpowiedzialność dorosłych, spychająca opiekę nad kilkuletnią dziewczynką na starszego brata, także dziecko. Błędy przez niego popełniane, prowadzące do tego, że Kayla staje się małym potworkiem. To także tląca się wciąż niechęć granicząca z nienawiścią i strach, jaki odczuwają biali przed czarnymi. Rzecz dzieje się współcześnie, ale stosunki między niegdysiejszymi panami i byłymi niewolnikami niewiele się zmieniły. Już samo to wystarczyłoby do napisania świetnej, poruszającej powieści.

Niestety Jasmyn Ward wplotła w Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie elementy nadprzyrodzone. Odrobina ludowych wierzeń, voodoo, w opowieści o Afroamerykanach z nizin społecznych nie byłaby nawet rażąca, choć trąci to trochę krzywdzącymi stereotypami i pójściem na łatwiznę. Gdy mamcia uczy swoją córkę zielarstwa, gdy mówi o tym, że słyszy, co mówią zwierzęta, a nawet martwe przedmioty, nawet gdy Leonie widzi duchy, da się jeszcze strawić. Natomiast gdy narrację przejmuje jedna z kolejnych zjaw, proza Ward staje się niestrawna, pełna wodolejstwa i pustosłowia.

Finał powieści, scena przy łożu śmierci, wokół którego zebrali się wszyscy domownicy, plus duch walczący z innym duchem, będąc uczepionym sufitu, to bardzo słaba parodia Egzorcysty, Obecności i innych historii o nawiedzeniach. Dorzućmy do tego jeszcze bez przerwy wymiotujących i wydzielających różnego rodzaju lepkie substancje bohaterów, by skutecznie zmęczyć i zniechęcić czytelnika. A to tylko wierzchołek góry lodowej, którą są potworności, jakie biali amerykanie czynią swoim czarnym braciom. Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie jest powieścią odpychającą i bardzo rozczarowującą.

Wydawnictwo Poznańskie, 2019

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:


(Visited 217 times, 1 visits today)